Czy naprawdę musiałem? Teraz już sam nie wiem. Nie jestem tego już tak pewien, może jest nawet przeciwnie. Bo gdy przybliżał się do nas szyld oznajmiający granicę miasta, a teraz znajdował się już naprawdę za nami, wtedy nagle wiedziałem, czego wiedzieć pośród pełni tego, co się na mnie w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin zwaliło, wcale nie miałem czasu, i czego prawdopodobnie wcale też nie chciałem wiedzieć: że tam z tyłu panicznie się bałem, Bóg wie czego, prawdopodobnie tego, że owe zaświaty, które odważyłem się przestąpić, nagle mogłyby się nade mną zamknąć. Teraz w każdym razie wiem, że już mi tych zaświatów wystarczy, i łapię oddech, gdyż ta podróż w minione, przynajmniej ta część mojej podróży w minione, teraz już sama należy do przeszłości. W czasie wyjazdu ani choćby jeden raz nie odwróciłem głowy, aby zapamiętać sylwetkę miasta, którego teraz już całkiem na pewno nigdy więcej nie zobaczę, cui bono? Zapewne zrezygnuję także z Krummkübel, i z Riesengebirge. «Dodaj gazu», mówię do Ch., «jedziemy bezpośrednio dalej. Koppe da sobie radę i beze mnie.» -
I tak pędzimy przez gorącą równinę, jakby goniły nas furie, albo były w naszym bagażniku, naprzeciw Zobten (której z tak bliska nigdy jeszcze nie widziałem, przypuszczalnie linia kolejowa, z której wówczas korzystaliśmy udając się w góry, przebiegała dalej od tej tu hieratycznie rozłożonej góry aniżeli ta samochodowa trasa), do Schweidnitz i Hirschberg i do granicy, suniemy po równinie, prawie nie zerkam już na zewnątrz, nawet wtedy prawie nie, gdy, zwolniwszy, przetaczamy się przez wioski, które musiały być wioskami mojej ojczyzny – ale co znaczy «wioski mojej ojczyzny», skoro wtedy nawet ich nie znałem, jak mógłbym też je znać, czy mogliśmy może, kiedy w piątkę, ojciec, matka i nas troje, nie, włącznie z naszą Else w szóstkę, w latach 1906, 1907 lub 1908 (obładowani kołdrami i bieliźnianymi koszami wypełnionymi żywnością na pięć tygodni) jechaliśmy na wakacje, czy mogliśmy wtedy może wysiąść w każdej wiosce między Breslau a Krummkübel? Śmieszne! Miejsc, które «leżały pomiędzy», tych dla nas wtedy nie było, takie miejsca odkryliśmy dopiero znacznie później, dopiero po wojnie, dopiero w latach inflacji, kiedy to rezygnowaliśmy z pociągów, częściowo z powodu totalnego braku pieniędzy, częściowo z młodzieńczego maszynoburstwa, i obładowani z reguły wielkimi jak domy plecakami i z reguły okopconymi garnkami i z reguły rozstrojonymi gitarami pieszo ciągnęliśmy przez okolice i spaliśmy w stodołach – teraz dopiero stało się widoczne, co wtedy czyniliśmy bez żadnego pojęcia – aby mianowicie przygotować dla nadchodzącego narodowego socjalizmu ów fałszywy entuzjazm i ową fałszywą autentyczność, które ów potrafił później tak dobrze wykorzystać dla swoich celów. Tak więc dopiero wtedy poznałem takie wioski, takie leżące pomiędzy, lecz przecież nie te tutaj, przez które teraz się toczymy, bo wówczas Schlesien dawno już opuściliśmy, i owe miejsca «leżące pomiędzy», które później poznałem, te leżały w Holstein i w Schwarzwald i w Bayern – mniejsza o to, tyle mogę, gdyż oto sunę przez nigdy wcześniej nie widziane wioski mej rzekomej ojczyzny, rozpoznać, że są ładne i nieporównanie solidniej zbudowane, niż tamte mizerne, zbite z rozpołowionych świerków, pokryte mchem, pomalowane na niebiesko-liliowo, pochodzące jeszcze z królewsko-cesarskich czasów domki czarownic, do których przyzwyczailiśmy się w Karpatach. Czy wojna szalała także w tych ładnych wioskach, tego z ich domów nie mogę odczytać, ale teraz mnie to już nie interesuje, jak powiedziano, mam już tego wszystkiego dosyć, chcę dalej, nic jak dalej i nic jak się stąd wydostać, nagle tego wszystkiego stało się dla mnie, jak gdybym był jeźdźcem po Bodensee * , za wiele, równie mało interesuje mnie nawet wysoka wieża kościoła w Schweidnitz (choć ta mnie wcześniej interesowała nadzwyczaj, ponieważ, co ojciec zawsze opowiadał, gdy widzieliśmy ją z dworca, przewyższała wszystkie wieże naszego o wiele większego Breslau – co najgłębiej raniło mój lokalny patriotyzm), lecz także ta raniąca wieża, która mnie również przed momentem raz jeszcze lekko zraniła, jest już za nami, z chwili na chwilę robi się coraz jaśniej, «jasno» nie jest tu odpowiednim słowem, bowiem drogą do Hirschberg (które teraz nazywa się coś jak Helena Goria czy jakoś tak) jedziemy bezpośrednio w kierunku zachodnim, a zatem bezpośrednio w stojące już bardzo nisko słońce, i to jeszcze szybciej niż właściwie zamierzamy, bo od tyłu, ze wschodu, niesie nas, jak byśmy byli żeglarzami, wiatr, którego napędzająca siła staje się coraz potężniejsza, dają się już nawet słyszeć grzmoty, a kiedy oglądam się za siebie, niebo jest już ołowiane, z tyłu, gdzie leży Breslau, nie, gdzie leżało, gdzie leży Wrocław, tam już się błyska, po dziesięciu minutach czarna ściana, jak gdyby nas goniła, jest już nad nami – co jednak nie przeszkadza słońcu, co chwila jeszcze bardziej oślepiająco błyskać nam w oczy, tak że, gdy nagle znajdujemy się w mieście, musi to być pewnie Hirschberg, jesteśmy szczęśliwi, że znajdujemy jakiś cień i, bowiem mimo wieczoru upał nie jest mniejszy niż południowy skwar w Breslau przed pięcioma godzinami, możemy się ochłodzić i dać odpocząć także naszym oczom. Dopiero gdy postaliśmy dłuższą chwilę osłonięci przed słońcem, staje się dla mnie jasne, że to właśnie miałoby być Hirschberg, i nie wierzę własnym oczom, gdyż Hirschberg było dla nas zawsze określonym pojęciem, Hirschberg oznaczało: «przesiadkę do lokalnego pociągu», który kołysząc się wwoził nas następnie w góry, a zatem: «teraz stanie się to prawdą!» - to miasto miało więc dla nas znaczenie, i to jakie! Ale że składało się z ulic i budynków, tego nie wiedzieliśmy, w każdym razie wtedy sobie tego nie wyobrażaliśmy, nie do wiary, gdybyśmy wysiedli i trochę wokół pochodzili, to byśmy tutaj wtenczas przed sobą ujrzeli: zacienione przejścia, regularne portici, jak w Treviso lub Merano albo Udine; z dzieciństwem czy Riesengebirge nie ma to zupełnie nic do czynienia, a jeśli z wakacjami, to nie z tymi dawnymi, lecz z wakacjami, które należą do całkiem innego regionu, do całkiem innego regionu życia i do życia kogoś zupełnie innego: mianowicie do wakacji ostatnich dziesięciu szczęśliwych lat, do naszych wakacji na południu, siamo in Italia, mój Boże, jak długo nas tutaj nie było, jak mogło nam się to przytrafić, jak mogliśmy to wytrzymać, tak długo bez Italii, najwyższy czas, być tutaj znów, w końcu wiemy przecież od lat, że trzeba nam tylko czytać takie słowa jak <Trattoria> lub <Salumeria> lub <Paneteria> lub <Pesce>, albo tylko raz obudzić się z widokiem na jakiś Piazza, i już jesteśmy znowu zdrowi, i już znowu możemy pracować – lecz w ostatnim czasie jednak się to nie udawało, przez dwa lata było to jednak niemożliwe, jak moglibyśmy też to gdzieś wcisnąć, skoro był Wietnam i choroby i atomowa sytuacja i konieczność zarabiania pieniędzy i atomowa sytuacja i choroby i Wietnam – ale oto spójrz: jakimś sposobem jednak nam się ta podróż udała, Bóg wie, dzięki jakiemuż to trikowi, bo że jednak tutaj teraz jesteśmy, i że, tak samo jak przed trzema laty w Treviso lub Merano, stoimy pod portici, aby się ochłodzić i aby dać naszym oczom odpocząć od rażącego słońca, temu nie da się w końcu zaprzeczyć – czyż nie zrobiłem tego dobrze, co powiesz na tę niespodziankę?
Bezsens! Hold your horses! O żadnym Piazza nie może tu być mowy, tutaj nie jesteśmy ani w Merano, ani w Udine, ani w Treviso, podobnie jak nie ma tu szyldów z napisami <Paneteria> lub <Salumeria> lub <Trattoria>, ta Trattoria tam po drugiej stronie wcale nie nazywa się <Trattoria>, nawet nie nazywa się to <Gasthaus>, lecz – tak jest, trzeba to przeliterować - <Restauracja>, a Paneteria nie nazywa się tu nie tylko <Paneteria>, ale nawet nie <Bäckerei>, lecz <Piekarnia>; a Pesce nie tylko nie nazywa się tutaj <Pesce>, ale nawet nie <Fischhandlung>, lecz <Ryby> - nie dla nas zostały zawieszone te napisy, my nie tylko nie jesteśmy w Udine, lecz nawet nie w Hirschberg, bo Hirschberg nazywa się teraz Jelenia Góra, i nie tylko się tak nazywa, lecz Jelenią Górą naprawdę jest, i nie tylko jest, lecz nawet jest słusznie – bo jakież pretensje mógłby zgłaszać naród, który zdziesiątkował inny a jego miasta i wioski zamienił w popiołowe pola? Nie, po tym nadmiarze bezprawia pretensje zostały przegrane. A już tym bardziej dzisiaj, po dwudziestu latach, bo wszakże ci, którzy teraz w tym mieście żyją, wiedzą jedynie z opowiadań, że kiedyś było to niemieckie miasto (jakim zresztą naturalnie było nie przez całą wieczność), i dlatego że większość z nich już tutaj się urodziła, a więc już nie są osiedleńcami.
11 lipca - IV
* przyp. tłum. Skute lodem jezioro zainspirowało w roku 1826 niemieckiego poetę Gustava Schwaba do napisania ballady „Der Reiter und der Bodensee“, którą oparł na autentycznej historii z roku 1695: galopujący po zaśnieżonym jeziorze jeździec jest zdumiony bezkresem połaci. Dopiero dotarłszy do brzegu zaczyna rozumieć, jak niebezpieczną drogę przebył. W tym momencie zostaje rażony piorunem.
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)