Co zaś się tyczy tego drugiego chłopca, tego który chwycił za drugie ucho kosza, za to po lewej, to ten sprawia mi mniej trudności, z jego powodu nie muszę sięgać aż tak głęboko, ten jest bowiem mną, albo to jestem ja, albo byłem ja, albo on będzie kiedyś mną – aż z taką dokładnością nie trzeba tutaj określać formy czasu, bo, pomijając to, że każda z nich odpowiada w tym samym stopniu prawdzie, jedynym co tutaj się liczy jest fakt, że to było tu na Gräbschenerstrasse, kiedy my: ów Hans Beuthner, pokój jego prochom, oraz ja w pierwszym tygodniu wojny światowej, tak jest, pierwszej wojny światowej, a zatem w sierpniu roku 1914 ciągnęliśmy od sklepu do sklepu zbierając chleb i bułki i pieczone klopsiki i kiszone ogórki i słoninę i kiełbasę i ser i piwo i wódkę i cygara i papierosy «i proszę nie zapomnieć kiszki grochowej», krótko: gdy żebraliśmy o owoce naszego kraju, w trosce o wyżywienie tych, których synowie będą dwadzieścia lat później takich jak my prześladować, a trzydzieści lat później gazować, względnie nam podobnych prześladowali i gazowali; albo mówiąc inaczej: gdzie troszczyliśmy się o wyżywienie tych, których wnuczkowie trzydzieści lat później (tylko niewiele starsi niż my: Hans i ja, wówczas byliśmy) jako chłopcy z HJ (HitlerJugend) będą współbronić i współpustoszyć płonące Breslau, względnie współbronili i współpustoszyli – bo od tego czasu minęło już dwadzieścia lat, i owi chłopcy Hitlera, którzy przypadkiem w czasie tamtej zagłady sami nie zostali współzgładzeni, ci już także stali się w międzyczasie trzydziestopięcioletnimi mężczyznami (mieli więc po tyle samo lat co ojciec, gdy ja rekwirowałem wraz z Hansem te chleby, i te kiełbasy i te ogórki) – a więc mężczyznami, którzy znów sami mają już synów, synów, którzy mogą mieć tyle lat, co Hans i ja mieliśmy wtedy, synów, którzy co prawda nie żyją tutaj we Wrocławiu (bo breslauczyków tu wszak nie ma, w ogóle nikogo, kto wiedziałby coś o czasach, kiedy Wrocław nie był Wrocławiem). Ale że drogi dzieci tamtych chłopców Hitlera, które są jednocześnie wnuczkami tych, dla których Hans i ja rekwirowaliśmy chleb i kiełbasę, skrzyżowały się w jakimś miejscu z naszymi, jest rzeczą bardziej niż prawdopodobną.
W tym okamgnieniu, które nas teraz zajmuje: w sierpniu 1914, wszystko to jest w rzeczy samej czystą spekulacją, to co nas interesuje, to to jedynie, że Hans i ja ciągniemy od sklepu do sklepu zbierając chleb i bułki i pieczone klopsiki i kiszone ogórki i słoninę i ser i piwo i wódkę i cygara i papierosy «i proszę nie zapomnieć kiszki grochowej», krótko: że żebraliśmy o owoce naszego kraju, i że trofea te dostarczaliśmy do bufetu 3. klasy na Freiburger Bahnhof, gdzie udzielające się społecznie damy, piersiaste damy wyglądające zupełnie jak następczyni tronu księżniczka Cecylia (widocznie hulająca w ostatnich dniach po świecie historyczna zawierucha rozproszyła nawet ich przesądy) nie zważając na swój wysoki stan i nie zważając na wątpliwy zapach dochodzący ze znajdujących się obok bufetu dworcowych klozetów, i nie zważając na chmary much i bąków, korzystających z dobrych dla siebie dni, hektycznie przykładały się swym drobnym ‹datkiem› (tak jest, to jest właśnie to słowo, którego używają, nigdy wcześniej go nie słyszałem): mianowicie przyjmując ‹własnoręcznie› (tak jest, ‹własnoręcznie› jest ich słowem) przydźwigany przez stękających Hansa i mnie i innych współuczniów, których zdążyliśmy już poznać, prowiant, i własnoręcznie go przyrządzając: własnoręcznie krojąc kiełbasę i własnoręcznie smarując bułki i własnoręcznie pakując pajdy ze słoniną i własnoręcznie podając piwo, aby setki bohaterów, którzy nadjechali właśnie ciuchcią z Görlitz, Hirschberg i Schweidnitz głodni i spragnieni i zakurzeni i przepoceni, i którzy przez jakiś czas pętają się z wielkim hałasem po peronach, i którzy następnie wsiadają do innych (wymalowanych kredowymi napisami w rodzaju «Jeder Schuß ein Russ») wagonów, i którzy w końcu potoczą się przez sierpniowy wieczór ku wschodowi, to znaczy ku masowym grobom w Polsce i w podkarpackiej Galicji i w Rosji – aby ‹pokrzepić› (tak jest, także to jest ich słowo) tych bohaterów podczas przerwy w podróży; zaprawdę zrozumiałe to pożądanie i zaprawdę zrozumiały orgazm, bo cóż mogło tym wychowanym w wyższych szkołach cór cecyliom, które prawdopodobnie nie przyszły tu na własny rachunek, bardziej zaprzeć w piersiach dech i bardziej je uszczęśliwić, niż owa szansa, jeszcze raz podać owoce naszego kraju: chleb, pieczone klopsiki, kiszone ogórki, słoninę, ser i piwo , tak wielu synom ojczyzny, zanim zajmą oni, miecz u ich boku i, kto wie, może z wieńcem z dębowych liści, miejsce w swoich grobach, i po raz ostatni zapewnić im pełne zadowolenie.
Dlaczego pomimo długoletniego i pod każdym względem doskonałego planowania pierwszej wojny światowej (jak cudownie przecież udał się przemarsz przez Belgię!) - dlaczego akurat prowiantowanie bohaterów na Freiburger Bahnhof było tak marnie przygotowane, że my, dwaj dwunastoletni żydowscy chłopcy, musieliśmy wkroczyć do akcji i żebrać o chleb i kiełbasę i piwo i ser; dlaczego, gdyby nas nie było, nie mogłyby szaleć menady, a podążający ku swym grobom bohaterowie nie mogliby zostać nasyceni – dlaczego tak było, jest oczywiście jakimś misterium i tym też pozostanie. Ale że miałaby mnie tu zawodzić pamięć, zdaje mi się być absolutnie wykluczone. Liczba dowodów, które wciąż jeszcze przed sobą widzę (albo poprawniej: które, od dawna zapomniane, znajdują się oto znowu przede mną) jest po prostu obezwładniająca. Jest tu na przykład sklep nabiałowy, do którego Hans i ja odważyliśmy się wejść najpierw (musi to być gdzieś tutaj, przy skwerze obok tego bloku mieszkalnego), i w którym dano nam to najtańsze: laskę sera z Harc, była to nasza w ogóle pierwsza zdobycz, na którą szczęśliwi i bezmyślni rzucaliśmy później dalsze trofea: ciężkie chleby i twarde salami i butelki piwa, tak że z sera z Harc nie pozostało nic prócz smrodu, który odtąd towarzyszył nam podczas kolejnych wypadów po nowe łupy, ależ nie, który pozostał już na zawsze, bo kiedy jeszcze i dzisiaj wzrok mój padnie na bieliźniany kosz, czuję w nosie bezsprzeczny zapach sera z Harc. A jeśli to nie wystarcza za dowód, to oprócz tego widzę jeszcze przed sobą czerwoną, podpisaną i podstemplowaną przez komendanta, dość prędko pokrytą odciskami kciuków i wyświechtaną legitymację, którą zwykliśmy podsuwać po kontuarze pod nos rzeźnikom i piekarzom i handlarzom tytoniem, nie bez triumfu praenumerando, bo już od czwartej lub piątej wyprawy dokładnie wiedzieliśmy (wszyscy sprzedawcy zachowywali się tak samo), jak cała sprawa przebiegnie. Nie było nic przyjemniejszego, niż ciesząc się cudzą krzywdą obserwować, jak właściciele sklepów najpierw najchętniej by nas przepędzili, następnie jak oburzali się, że nas żółtodziobów, wyglądaliśmy bowiem na dziesięciolatków, uznawać muszą za kurierów władzy; i jak potem, szczególnie gdy sklep był pełen klientów, przeobrażali swe oburzenie w wybuch patriotyzmu i nazywali nas ‹deutsche Jungens›, i z jakże namiętną wspaniałomyślnością niemalże nastręczali nam i wreszcie własnoręcznie upychali w bieliźnianych koszach kiełbasy i chleby i cygara.
Nie, wobec takiej masy wspomnień pomyłka jest wykluczona.
Wiedeń, sierpień
Trzydzieści lat później w tej samej części miasta, w której Hans i ja wypraszaliśmy swego czasu chleb, ser i pieczone klopsiki, w wojnę znowu wplątane zostały dzieci, dzieci, które mogły być wprawdzie o trzy lub cztery lata starsze, niż my wówczas, lecz także one były wszak jeszcze dziećmi. Opowiadano mi o chłopcach, którzy przy ‹Hitler-Jugend-Eck›, przy rogu Kaiser-Wilhelm- i Auguststrasse przy pomocy samodzielnie zbudowanych katapult - po to więc kazano im wkuwać historię Rzymu – wyrzucali ręczne granaty na rosyjskich żołnierzy, którzy przecież już od dłuższego czasu trzymali miasto w żelaznym uścisku. Potrafię sobie wyobrazić jakaż to potworna duma musiała rozpierać te dzieciaki, kiedy pozwolono im, nie, kiedy je wysłano, aby grały w wojnę, z taką prawdziwą bronią i takimi prawdziwie krwawymi rezultatami. Jakaż to była gra, jakaż fantastyczna gra, w której nie tylko można było zabijać i niszczyć budynki, lecz nawet samemu naprawdę polec! Któż wie, jak wiele z tych w najbardziej przestępczy sposób wykorzystanych, tych w ramach owej skrajnej wojny w wojnę grających dzieci jeszcze nawet własne krwawienie myliło z grą w krwawienie, a nawet własne umieranie z grą w umieranie! Co doprawdy nie byłoby żadnym cudem, gdyż przecież nawet dorośli (wstyd człowiekowi coś podobnego twierdzić, ale jest to czysta prawda) pomimo okropności tych jakże krwawych miesięcy w wojnę jedynie grali. Czy może walce, którą kontynuowano w hermetycznie otoczonym i zburzonym już mieście w czasie, gdy Rzesza była już albo podbita albo skazana na kapitulację, walce zatem, która nie miała już żadnego sensu i nie służyła żadnemu celowi nadać miano poważnej? Zatopienie w grze jest możliwe nie tylko w granicach powagi, lecz także poza nimi. Zatopiony w grze jest nie tylko zmierzch bogów, którego ogień jest jedynie ogniem operowym, lecz również ten, który następuje nadal, choć już naprawdę wszystko przemienione zostało w popiół i gruz.
We wspomnianej książce o Breslau wygląda to oczywiście inaczej. Nie tylko ‹obrona› miasta. Ale także uczestnictwo i poświęcenie dzieci. Jeszcze bowiem w roku 1960 czytamy tam – a uciecha z cudzego nieszczęścia, która podyktowała te przekorne słowa, rzuca się w oczy – że «wróg» zapewne «musiał być zdziwiony, skądże to i jakim sposobem nadlatywały te ręczne granaty». Już ta pseudo-pojedyncza liczba ‹wróg› dowodzi, że piszący nie potrafił pojąć tej prawdziwej liczby pojedynczej: pojedynczych zabitych dzieci, i nie potrafi tego jeszcze i dzisiaj. I nawet jeśli «wróg» był zadziwiony, «skądże to nadlatywały te granaty», to w znacznie większe zadziwienie wprawili go z całą pewnością ci, którzy bez żadnych skrupułów wpętali te dzieciaki w ową śmiertelną grę.
9 lipca - IX
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)