Ławka przy Schweidnitzer Stadtgraben 1
Na ławce. Ch. widzi niewiele, nie może bowiem wiedzieć, czego nie widzi. Ja widzę przed nami - nie zamkowe muzeum. Za nami - nie synagogę.
Zdaje się, że nadal pracuje w niej Höfchenstrasse. Lecz osobliwe, cóż to w niej tak nadal pracuje. Akurat to, że biegałem tutaj kiedyś w marynarskim ubranku. Skąd mi się to wzięło.
«Mi? Nam! Jeśli pomyślisz, że właśnie zamierzamy drogą morską zapanować nad światem, wtedy naprawdę nie jest to wszak takie zdumiewające!»
«Kto my?»
«Zrozum przecie», proszę ją «że siedzimy tutaj w niemieckiej rzeszy. I że ten rok nie nazywa się 1966, lecz 1906. Wobec tych okoliczności twoje zdumienie jest całkowicie nieuzasadnione, marynarskie ubranie jest czymś zupełnie normalnym, istnieją tysiące rzeczy usprawiedliwiających taki kostium: liga morska i morski kalendarz i znaczki pocztowe z Togo i ilustrowane książki o Kamerunie, oraz ‹nasza przyszłość leży› (jak ogłosił Wilhelm, albo ogłosi, ja wiem) ‹na wodzie› - no i wszystko to oraz oprócz tego też wiele innego wywiera swój wpływ, czy naprawdę tak trudno to zrozumieć, aż po ubranie, nawet jeśli chodzi o ubiór, co się tyczy oceanów z pewnością całkiem niewinnych, Ślązaków, a nawet aż po świąteczną modę śląskich żydowskich dzieci, którym na pewno nikt nie będzie mógł zarzucić, że jako seafaring people podstępnie przemierzali oceany, aby ‹rzucić Albion na kolana› albo by ‹swą istotą uzdrowić świat› 2 lub coś podobnego - nie, jeżeli żydowskie dzieci przemierzają dzisiaj, 12 czerwca 1906, oceany - a takie dzieci faktycznie dzisiaj istnieją - to tylko i wyłącznie dlatego, że gdzie indziej rządzi zło, nie tu w Niemczech, dlatego zatem że owe dzieci zostały właśnie zmuszone do ucieczki, bo akurat w Kiszyniowie miał miejsce krwawy pogrom, i ponieważ one, te pozostałe przy życiu, płyną na parowcach ku nowemu światu, aby oddać się pod opiekę tej wielkiej, potężnej i bujnej osoby, która z uniesionym do góry ramieniem po wsze czasy strzeże bramy kontynentu przed wtargnięciem dręczycieli, mówię o twojej ‹Statue of Liberty›, której pochodnia oznacza wszak światło i wolność i sprawiedliwość (nie, przez chwilę spróbuj zapomnieć Wietnam i tamtejszą eskalację, winić tę kamienną damę w nowojorskim porcie za pomordowanych tam ludzi byłoby doprawdy anachronizmem), a zatem: bo jej pochodnia oznacza wszak światło i wolność i sprawiedliwość a nie, jak pochodnie z Kiszyniowa, mord i pożogę... ale gdzież to ja błądzę, jesteśmy tu przecież w Breslau, gdzie właśnie wybieram się na spacer w mym ‹dobrym marynarskim ubraniu› (oprócz niego posiadam bowiem jeszcze ‹gorsze› na co dzień ), w końcu my dzieci z Breslau nie należymy do owej grupy uchodźców z Kiszyniowa, to by dopiero było ładnie, byłoby to wręcz śmieszne, nie żyjemy tu przecież na księżycu czy w Besarabii czy w Polsce, lecz w kraju myślicieli i poetów, w którym godność człowieka a przede wszystkim powszechne równouprawnienie, zatem również nasze, jest przynajmniej tak dobrze gwarantowane jak w Ameryce, takoż na wieki wieków, amen.
Dlatego wolno nam więc biegać w takim samym kostiumie, co inne dzieci, i dlatego także my jesteśmy, a to w niedziele i w dni urodzin i na Boże Narodzenie i w piątkowe wieczory i w Dzień Pojednania - święto jest święto - ‹błękitnymi chłopcami› i ‹błękitnymi dziewczętami› z S.M. 3 okrętów i statków szkoleniowych, z S.M. Lützow a nawet (bo taki krążownik, a jakże, również istnieje) z S.M. Breslau, a wstążki marynarskich czapek, dumnie trzepocząc na śląskim wietrze, obwieszczają nazwę naszego rodzinnego miasta, jego cesarska mość mógłby natychmiast rozpoznać, na pokładzie jakiego to okrętu, o ile byłoby to za Boga, za Niego i ojczyznę konieczne, gotowi byliśmy umrzeć słoną śmiercią bohaterów w walce przeciw Albionowi albo przeciw żółtemu zagrożeniu albo przeciw Hotentotom.

I mogę ci w domu, mam na myśli Wiedeń, aczkolwiek jako swój dom powinienem właściwie postrzegać to tutaj, a więc w domu w Wiedniu mogę ci, proszę przypomnij mi o tym, gdy już tam znów wrócimy, pokazać moje pożółkłe fotografie, tak jest, istnieją już także moje pożółkłe fotografie, które udowodnią ci, jak dobrze do mnie pasował ten morski strój z kołnierzem w biało-niebieskie paski i czarnym aksamitnym krawatem, nieporównywalnie lepiej niż ten uniwersalny ciuch, który już od dziesięcioleci muszę na sobie nosić. Zresztą ów
<S.M. Breslau>, |
którego wstążeczkę noszę na marynarskiej czapce (ale to ciebie prawdopodobnie jeszcze mniej interesuje) już w osiem lat później stanie się krążownikiem tureckim, a nawet dumą floty sułtana: mianowicie na początku I Wojny Światowej - lecz cóż znaczy tu ‹I Wojna Światowa›, albo choćby tylko ‹wojna›, skoro pomimo naszych brawurowych marynarskich ubrań i naszej radosnej gotowości utonięcia za jego cesarską mość u wybrzeży Helgolandu albo na wodach chińskich, skoro więc pomimo to, nawet jeśli brzmi to jak sprzeczność, żyjemy w epoce postępu, która jest naturalnie nazbyt ludzka, aby prawdziwe wojny, jak je znamy z ilustrowanych książek, z Düppeler Schanzen 4 i zabitymi końmi i tak dalej, mogły jeszcze wybuchnąć.
Akurat w tych dniach, połowa lipca, stało się to szczególnie wyraźne. Gdyż 12. jest nie tylko z tego powodu ważny, że jest dniem moich urodzin (tegorocznego nie chciałbym świętować tutaj, jutro wyjeżdżamy), nie, tego solenizanta możesz spokojnie zostawić na moment stojącego tam, gdzie stoi: na Höfchenplatz, już go tam nikt nie ukradnie.
Ta data, 12 lipca 1906, była mianowicie pamiętna dla wielu tysięcy. A to dlatego, że była ona owym dumnym dniem, w którym francuski rząd, jakoby zmuszony przez <Weltgewissen>; (kto lub cokolwiek by to nie było), zaniechał zarzutów sformułowanych wobec kapitana Dreyfusa - wydarzenie, które wszyscy nasi nieroztropni, i również nasi tak mądrzy i wykształceni ojcowie przywitali jako świadectwo ostatecznego triumfu sprawiedliwości w świecie i teraz już niepowstrzymanego zanikania w nim nienawiści do Żydów. ‹U nas w Niemczech› (tak słyszę to wciąż w głosie ojca, bo przypadek Dreyfusa pojawiał się w rozmowie jeszcze przez wiele lat), ‹u nas coś takiego nigdy nie mogłoby się oczywiście wydarzyć›. -
Mój Boże, Ch., cóż byli zatem właściwie warci nasi ojcowie i wujowie, lekarze i adwokaci i profesorowie, po cóż właściwie przyszli oni na świat z tak wielką dozą dowcipu i sięgającym wstecz do wielu generacji doświadczeniem cierpienia, skoro już po kilku latach bez krzywd mogli zdegenerować się do poziomu straszliwych naiwniaków, no i po co napchali sobie czaszki tak wielkimi ilościami akademickiej wiedzy, skoro mimo tego dzień Dreyfusa mogli uznać za przełomowy, od którego Liberté, Égalité i Fraternité byłyby zapewnione i od którego nikt nie musiałby już obawiać się gorszego traktowania lub niesprawiedliwości ani wobec siebie, ani wobec swych dzieci lub dzieci ich dzieci.
Kto wie, czy pośród tych, którzy trzy i pół dziesięciolecia później w bydlęcych wagonach z hukiem jechali ku piecom Auschwitz (po tym żelaznym moście w Oppeln, pod którym siedzieliśmy), i którzy byli jeszcze tylko o dwie godziny oddaleni od swego końca - czy pośród tych biedaczysk nie było także kilku z tych, którzy radośnie triumfowali w ów dumny i pamiętny dzień 12 lipca 1906? I czy może nawet jeszcze wtedy, mówię o roku 1942 lub 1943, ten czy ów, wciśnięty pomiędzy krzyczących i martwych i w obliczu końca (nie, właśnie że nie ‹w obliczu›) nie twierdził tonem najgłębszego przekonania: ‹ależ bardzo pana proszę, kochanieńki, niechże się pan zastanowi, w końcu nie żyjemy przecież w średniowieczu, w dzisiejszych czasach jest coś podobnego ...›
Zostawmy to. O tych rzeczach: o głupocie mądrych, o ślepocie ostrowidzących, o idiotyzmie mających nadzieję, o pociągach przejeżdżających z hukiem po moście w Oppeln, i o kominach w Birkenau - mówić tu o tych rzeczach wcale nie miałem naturalnie zamiaru, ale cóż robić, nie istnieje wszak żadna inna osnowa niż ta jedyna potworna, nie istnieje wszak żaden temat, za którym by się to nie czaiło, ani żadna na tyle masywna ściana, przez którą nie dałoby się tego dostrzec. I nawet jeśli miałoby być czymś niemożliwym, temu, co tam się wydarzyło, (przepraszam za słowo) ‹oddać sprawiedliwość›, pośrednio jednakże oddajemy temu ‹sprawiedliwość› poprzez to, że, obojętnie o czym byśmy mówili, w jakiś sposób zawsze ześliźniemy się i zawsze tamte wypadki uwzględnimy i zawsze wylądujemy przy nazwie tego sławnego miejsca. Wszystkie drogi prowadzą do Auschwitz.»
Nocą w hotelu
«Czy ty właściwie wiesz», zapytała już na wpół we śnie, «że przedtem na Höfchenplatz, czy jak on się nazywa, więcej opowiedziałeś o młodości twojej matki niż o swojej? I o twojej babce i prababce więcej niż o sobie? A nawet więcej o Berlinie niż o tutaj?»
«Możliwe», przyznałem. «To z tego właśnie wychodzi.»
«Z czego?»
«Z tego, że człowiek zdaje się na Mnemozynę.»
«Na kogo?»
«Na muzę pamięci. Którą Hezjod zwał tytanką. Nie bez racji. I która jest nawet tytanką podstępną, bowiem gdy dajemy jej nasz mały palec, ona tak ciągnie do tyłu, że na łeb i szyję lecimy w dół. Wybranie okolicy, w której życzylibyśmy sobie wylądować, nie leży już wtedy w naszej mocy. I wówczas może się nam przydarzyć, że odnajdziemy siebie rzuconych w przeszłości, które wcale nie są naszymi własnymi, lecz tych, którzy, zanim my sami przyszliśmy na ten świat, już byli przeszłościami.»
Najwidoczniej zasnęła jeszcze w trakcie tego wyjaśnienia. W każdym razie już go nie skomentowała, a jej oddech stał się równomierny. Co mnie uspokoiło. Obawiałem się bowiem, iż mogłaby zapytać, czy może chcę przez to powiedzieć, że przypominam sobie młodość mej matki. -
Ponieważ tramwaj, który przejechał z grzechotem pod oknami należał niedwuznacznie do mojej własnej przeszłości, także on przyczynił się do uspokojenia mnie.
I tak w końcu i ja zasnąłem.
9 lipca - I
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)
PRZYPISY
1 odcinek od placu Orląt Lwowskich do Świdnickiej
2 aluzja do wilhelmińskiego hasła: Am deutschen Wesen wird die Welt genesen.
3 S.M. = seine Majestät = jego cesarska mość
4 Dybbøl Banke: miejsce decydującej bitwy w wojnie prusko-duńskiej (1864); w jej rezultacie Dania utraciła Schleswig, Holstein i Lauenburg. Podczas tej bitwy po raz pierwszy zaistniał w warunkach wojennych Czerwony Krzyż.