lato'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI     

 VII

   VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

9   l i p c a  -    VII


Ponownie Grabiszyńska, dawniej Gräbschenerstrasse

Widzę zbliżający się do mnie potwornie wielki, ciężko obładowany, wypełniony po brzegi bieliźniany kosz, bardziej ciągnięty niż niesiony, ciągnięty przez dwóch chłopców, muszą mieć po dwanaście albo trzynaście lat, bieżący rok zwie się bowiem 1914.

  Hans to ten, który już wówczas, na nosie okulary, potrafił grać opus 110, potem oczywiście, dwadzieścia lat później, 1934, Żydzi precz, zostanie zmuszony, względnie został zmuszony, zostawić za sobą Breslau i Beethovena, uciec do Ameryki Południowej i czyścić tam kurniki (w pewnej fabryce jaj pośród peruwiańskich gór, gdzie już pięć lat później, w roku 1939, umrze, czy też mniej lub bardziej popełni samobójstwo; względnie gdzie już w roku 1939 umarł, czy też mniej lub bardziej popełnił samobójstwo, bo jego śmierć lub samobójstwo pośród peruwiańskich gór też leży już wszak od dwudziestu siedmiu lat za nami, bardzo daleko za nami, któż miałby bowiem dzisiaj tę samotną śmierć wspomnieć, skoro cztery dni po tym jak nastąpiła, zbombardowana została Warszawa, zaś cztery lata później zlikwidowano w Treblince miliony Żydów, a wśród nich także rodziców Hansa, i skoro również o tych milionach nikt już dzisiaj nie pamięta) – mniejsza o to, wtedy w roku 1914, nie, już i mnie się wszystko plącze, w roku 1934, to wtedy Hans wywędrował i wylądował w Peru i dostał się na pewną kurzą farmę pośród peruwiańskch gór, na farmę, która w międzyczasie rozrosła się dwudziestokrotnie i która teraz znajduje się w rękach jego chełpliwych synów, którzy sami też już naturalnie, i równie naturalnie z córami tego kraju («ich kraju», jak sami rezolutnie zapewniają), spłodzili dzieci, trzy córki, teraz w wieku dwóch, trzech i siedmiu lat, o których opowiedziano mi, że, jeśli nie szarpią się akurat za włosy na tyłach fabryki jaj, wypucowane niczym księżniczki wożone są w ciągniętym przez kucyka i obwieszonym dzwoneczkami powoziku do hiszpańskiego barokowego kościoła, aby okazać będącemu akurat w kolejności świętemu swą rewerencję, i które mówią naturalnie tylko po hiszpańsku, i które o Breslau i o Beethovenie naturalnie nigdy niczego nie słyszały, względnie nie usłyszą, bo i któż miałby tym księżniczkom opowiedzieć o Gräbschenerstrasse albo o opus 110 albo o przodkach Hansa, którzy zwabieni przesławną niemiecką kulturą pielgrzymowali ku północy z Oberschlesien i Czech, jak gdyby Breslau było czymś w rodzaju Aten, Florencji czy Paryża – i na co zdało się to wszystko, skoro te trzy są Peruwiankami i są z tego dumne, i to nawet słusznie, bo przecież swoje istnienie zawdzięczają wszak (pomijając czwartorzędny wkład, którego dokonał Hans) Peruwiańczykom i Peruwiankom, a zatem przodkom, którzy innych regionów (na przykład tych, które wtedy nazywały się ‹Deutsches Reich›, albo ‹Polska› albo ‹Breslau›) nie znali nawet z nazwy. A więc to to: owo trio indiańskich księżniczek jest więc tym, co pozostało po Hansie, moim przyjacielu z trzeciej klasy gimnazjalnej, po tym Hansie, który tutaj, gdzie teraz stoję, na Gräbschenerstrasse (która teraz nazywa się Grabiszyńska, czy też na Grabiszyńskiej, która na próbę została kiedyś ochrzczona mianem Gräbschenerstrasse, obojętne, która teraz ze swymi olbrzymimi mieszkalnymi blokami wygląda tak, jak gdyby wychodziła bulwarem ku centrum Los Angeles, lub jako Avenida na centrum Mexico City) męczył się w 1914 roku z wielkim bieliźnianym koszem. Albo, patrząc z dzisiejszej perspektywy: aby mogło do zaistnienia tych trzech przypuszczalnie czarujących, czekoladowo-brązowych księżniczek, przeciw którym oczywiście nic nie mam, przeciwnie, którym życzę tylko tego, co najlepsze (lecz czy ścieżki losu naprawdę muszą być tak pokręcone?) - a więc aby mogło dojść do zaistnienia tych indiańskich dziewcząt, tych, które teraz, jest bowiem niedziela, są wiezione w swym obwieszonym dzwoneczkami i ciągniętym przez kucyka powoziku ku hiszpańskiemu barokowemu kościołowi, a więc aby do tego doszło, Bóg Pan musiał zarządzić, względnie z góry przygotować następujące zabiegi:

  pozwolić wyrosnąć przy granicy austriacko-bawarskiej istocie zwanej Adolf Hitler i trzymać ją w pogotowiu,

  pozwolić młodemu żydowskiemu mężczyźnie o nazwisku Beuthner wywędrować z regionu Kattowitz (a dokładniej z Auschwitz, które, wówczas przytulne austriackie garnizonowe miasteczko jak tysiące innych, wcale nie przeczuwało jeszcze swej późniejszej światowej sławy) w górę ku Breslau,

  przedstawić temuż mężczyźnie bujną, przyozdobioną w Lohengrinnowskie imię Else i tym sposobem rzekomo zniemczoną córkę przybyłego z Mähren już o jedno pokolenie wcześniej handlarza antyków Jakobsohna,

  pozwolić tejże Else urodzić w roku 1901 chłopczyka o imieniu Hans,

  pozwolić w roku 1934 trzymanemu dotąd w pogotowiu Adolfowi Hitlerowi na prześladowanie milionów ludzi, a wśród nich również tegoż Hansa, czy też raczej mężczyzny, który się z tamtego chłopczyka rozwinął,

  stworzyć sytuację, w której Hans nie będzie już mógł upolować żadnej innej wizy niż tylko peruwiańską,

  wpędzić wysłanego w ten sposób do Peru Hansa w tak piekielne osamotnienie, że ten, jeśli nie chciał stracić rozumu, nie widział innego wyjścia, jak uroczyście poślubić pierwszą lepszą dziewczynę z sąsiedniej hacjendy, by ta

  urodziła mu synów, synów, którzy naturalnie mieli stać się katolikami, i którzy następnie

  ze swej strony spłodziliby dzieci z córami tegoż kraju – quod erat demonstrandum, tym bowiem sposobem jestem znowu przy czekoladowo-brązowych księżniczkach, które teraz, podczas gdy ja stoję na Gräbschenerstrasse, wiezione są w obwieszonym dzwoneczkami i ciągniętym przez kucyka powoziku naprzeciw hiszpańskiemu kościołowi, i nawet jeżeli nie dokładnie w tym momencie (bo tam, po drugiej stronie panuje jeszcze południowo-amerykańska noc, i niedziela się jeszcze nie rozpoczęła), to jednak za kilka godzin, w tej godzinie, gdy ja przysypiał będę w łóżku hotelu przy Gartenstrasse, która teraz nazywa się Świerczewskiego (albo w łóżku hotelu przy ulicy Świerczewskiego, która przed półwieczem nazwana została na próbę, lecz jak widać nadaremnie, ‹Gartenstrasse›).

Jak by nie było, to jest właśnie Hans, ten chłopak, który w pewne sierpniowe południe roku 1914 próbuje na Gräbschenerstrasse wraz z innym jeszcze chłopcem dźwigać od budynku do budynku przepełniony bieliźniany kosz.





9 lipca - VIII



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni