jesień'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III    

 IV

   V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

11  l i p c a  -    IV




A mimo to, słusznie czy niesłusznie, tutaj pozostać bym nie mógł, samo wystawanie przyprawia mnie tu o chorobę morską, czego mi trzeba, to twarda ziemia pod stopami, jedźmy dalej, Ch., wracajmy, wracajmy do miejsc, gdzie oboje znowu będziemy sobą, ty znowu będziesz tobą, ja znowu będę mną, tutaj znowu będzie tutaj, a dzisiaj znowu będzie dzisiaj, dalej, dalej, dalej! Już najwyższy czas, spójrz, jak robi się czarno, zresztą wybuch nastąpi nagle, im prędzej będziemy mieli granicę za sobą, tym lepiej, jeszcze wprawdzie świeci słońce – a że wsiadamy znowu do auta, świeci wręcz oślepiająco, ale ciemna czara niemal całkowicie przesłania niebo, dalej zatem, dzisiaj wieczorem musimy być w Gablonz, nie znamy wprawdzie tej miejscowości, lecz po cóż mielibyśmy ją znać, dopóki wiemy, że nie leży ani w przedwczoraj jak Breslau, ani w zwodniczym wczoraj jak ten piazza, lecz w dzisiaj, w dzisiaj, w dzisiaj, do którego, jak nieznane i brzydkie by nie było, przynależymy, dalej zatem, dodaj gazu, tak dobrze, 90, 100, 110, czy może to wiatr, pchający od tyłu, obojętne, im szybciej tym lepiej, kto wie, jak długo jeszcze to niebo się utrzyma, zanim nad nami się zawali, czy znasz ów pejzaż burzowy Rembrandta, dodaj gazu, Ch., przypomnij mi w domu, żebym ci ten obraz pokazał, jak tutaj: z przodu błyszczące złoto a ponad nim niemal czarny błękit łupkowy – a tu -

na dziesięć sekund lub może dwadzieścia, nad kierownicą, na południowym zachodzie, oto nagle ukazuje się coś, co nie ma związku ani z Rembrandtem ani z Treviso, oto nagle fioletowa stoi naprzeciw pasm złotożółtego nieba, dokładnie tak samo jak ją namalowałem w Villa Marie, i jak została wyszydzona przez Evę i Hilde i w salomonowy sposób obroniona przez ojca, i jak znałem ją na pamięć i jak ją tysiąc razy i to nawet z zamkniętymi oczami ku niekończącemu się zadziwieniu dzieciaków od Müllerów «nad nami» malowałem na łupkowej tablicy w pokoju dziecinnym przy Brandenburger Strasse 54, niech ją Bóg ma w opiece: a więc jednak jeszcze tu stoi, owa wielce sławetna sylwetka, linia grzebienia Riesengebirge, a po środku jako jego ukoronowanie Koppe, moja Koppe, a więc jednak nadal tu jest, w każdym razie na kilka mgnień oka -

a potem znikła.

«I co?» pyta ona. Ale ja nie mógłbym twierdzić, jakoby ta wizja mnie oszołomiła lub zaskoczyła lub uszczęśliwiła lub przygniotła; i pojmuję też, dlaczego niczego nie czuję: bo dlaczego miałoby na mnie robić wrażenie coś, co wszak wcale nie może być inne niż jest? Oszołomiony lub zaskoczony lub wystraszony byłbym przypuszczalnie tylko wtedy, gdyby tego ciągu górskiego, który w końcu do tego miejsca należy, i który nigdy nie znajdował się gdzie indziej, nagle tutaj nie było. -

Oczywiście napawa strachem, że czas pomiędzy wtedy a dzisiaj (a nie było to przecie mało czasu, więcej niż pięćdziesiąt lat, i każdy rok i każdy dzień wypełniony po brzegi) – że ten interwał jest nagle totalnie nierzeczywisty, tak jakby wszystko, co się w jego przedziale zdarzyło, zostało połknięte lub wymazane, i jakby teraz wszystko to miało pozostać zagubione na wieki, Hamburg i Berlin i Freiburg i Paryż i Nowy Jork i Kalifornia i Japonia i Meksyk i Włochy i Polska i Austria, i jakby wątpliwa była prawowitość teraźniejszości, i jakby nawet sama Ch., która wszak, podczas gdy suniemy ku górom z prędkością 100 kilometrów na godzinę, jest doprawdy wystarczająco rzeczywista, nie była niczym ponad fantasmagorię. Ale, jak powiedziano, owa wizja: wizja Koppe niby siedzącej na tronie pomiędzy dwoma szczytami-satelitami, wizja «mojej Koppe», oraz poczucie nierzeczywistości interwału, trwały tylko jeden momencik, bowiem ledwie obraz ten jeszcze trafia do mego oka, zaczynają spadać na szyby pierwsze duże krople, nie, na nich się rozchlapywać, przydrożne drzewa kłaniają się przed nami jak kłosy na wietrze, po paru chwilach już zupełnie nic z owej wielce sławetnej sylwetki: z fioletowej sylwetki mojej Koppe na siarczanożółtym tle, nie widać, ołowiana masa, która ze wschodu za nami podążała i szybko nas wyprzedziła, w mig ją połknęła, i byłoby po prostu nieprawdą twierdzić, iż my (zanim następnego ranka wyjdziemy z gospody na osłoneczniony plac targowy pewnego czeskiego miasteczka, które wprawdzie zwie się <Jablonice>, ale zaprawdę nie jest tym Gablonz, na które się kierujemy) – byłoby nieprawdą twierdzić, że od momentu owego zaciemnienia mogliśmy jeszcze coś widzieć, a nawet rozpoznać. Jedynym, co rozpoznaję, jest, że ta w nieskończoność ciągnąca się wioska, przez którą, napędzani tylnym wiatrem, wznosimy się do góry, nie, niemalże wzlatujemy, nie może być Krummhübel, lecz tylko Schreiberhau, czego sobie wcześniej nie uzmysłowiłem.





11 lipca - V



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni