lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV     

 V

   VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -     V

Szlak posłańca

źródło: wrocław na fotografii - http://hydral.com.pl/neo/test.php?content=frame

po tym odcinku moritzstrasse nie pozostała nawet kanałowa studzienka



Nie istniejąca Moritzstrasse róg nie istniejącej Schwerinstrasse.

Robię kilka kroków w stronę nasypu kolejowego. «Where are you heading?» dopytuje Ch. z auta. Odpowiedzieć jej: «Do Steinitzów, na Götzenstrasse», nie miałoby sensu. Nie wiedziałaby ani kim byli po części wymordowani, po części zaś zmarli w rozsądny sposób jeszcze przed nastaniem epoki mordu Steinitzowie, ani też jak się rzecz miała z nie istniejącą już od dwudziestu jeden lat Götzenstrasse. Toteż rezygnuję z odwiedzin.

Nagle jednak uzmysłowiłem sobie, dokądże to z tego miejsca zwykłem był chodzić, a najczęściej nawet biegać. Często bowiem musiałem odnosić do Steinitzów ojcowskie pokryte czysto wystenografowanymi tekstami stronice (które niczym hieroglify powodowały u mnie dreszczyk respektu i o których wiedziałem, że, jak z liszki motyl, zrodzi się z nich książka), jak powiedziano: róg Götzenstrasse, z widokiem na linię kolejową, która i teraz jeszcze tędy przebiega, nieco wcześniej słyszałem przejeżdżający z hukiem pociąg.

Mniejsza o to, tam w domu na rogu mieszkało pięć karłowatych sióstr Steinitz, z których jedna, Martha (zwana ‹Matschek›, w tak niewinny sposób polonizowano wówczas), nauczyła się czytać ojcowską już wtedy staromodną (zwaną naturalnie ‹Neu-Stolze›) (przyp. wg. nazwiska wynalazcy systemu H. A. W. Stolze) stenografię, a nauczyła się tego dlatego, że, co wydawało mi się jeszcze bardziej bajeczne, posiadała zdolność przemieniania owych hieroglifów w dające się przeczytać teksty, krótko: dlatego, że umiała pisać na maszynie - co czyniła siedząc na wysokim dziecinnym krześle i posługując się ciężką biurową maszyną do pisania, której posłuszeństwa wobec dziecinnych palców karlicy nie można było pojąć; z drugiej strony, pomimo swej masywności, urządzenie to widocznie wstydziło się miana maszyny, pisało bowiem kursywą, a więc tak, jak gdyby było prawdziwą, a nawet kobiecą dłonią. Przez wiele lat rzeczywiście uważałem to ręczne pismo maszyny za pismo panny Matschek.

Tam to właśnie zanosiłem dwa, trzy razy w miesiącu ojcowskie pokryte dziwnymi hieroglifami stronice, i stamtąd odbierałem (za każdym razem otrzymując cukierka od kaszlu jako prowiant na trzyminutową drogę do domu) zapisane ładnie na jasnoniebiesko strony, będące przekładem przedostatnich hieroglifów ojca.

Regularnie moja droga posłańca kończyła się w ten sposób, że ojciec, który wówczas (aczkolwiek o trzydzieści lat ode mnie starszy) był o trzydzieści lat młodszy niż ja teraz, podczas przekazywania mu czystopisu próbował mi, pewnie po części z grzeczności, lecz po części też, aby sprawdzić siłę mojego myślenia, wmówić, że jestem mu absolutnie niezbędny, bo bez tych moich kursów nie zostałaby wydana żadna z jego książek, każda strona leżałaby osobno najpierw u niego, a później u Steinitzów - w co wprawdzie nie bardzo mogłem uwierzyć, ale w co też nie chciałem tak całkiem nie wierzyć.

Mniejsza o to, byłem właśnie w drodze do Steinitzów, gdy Ch. po trzech krokach na mnie zawołała. Zrezygnowałem więc z odwiedzin i wsiadłem z powrotem do Anglii.



Grabiszyńska

Całkiem nieoczekiwanie, po nie więcej niż pół minucie jazdy, zostaliśmy przeniesieni, nie, wrzuceni w szeroki i hojny Los Angelesowsko-podobny bulwar; tak samo nieoczekiwanie, jak kiedy poprzez nieznaczne poruszenie radiowego pokrętła zostajemy wrzuceni w obszar nadawania innego miasta albo innego kraju.

Teraz bowiem toczymy się pomiędzy dziesięciopiętrowymi, uwieńczonymi na ogół pent house, budynkami, każdy z nich stoi sam dla siebie, i do tego po takim kątem, że żaden nie odbiera drugiemu ani światła ani powietrza. Plan zabudowy i styl jak najbardziej zadowalające, co prawda nie brawurowe, ale też nie konserwatywne lub ostentacyjne, nie bardzo różniące się od stylu innych wielkich, nowocześnie moderowanych, wielkomiejskich projektów.

  Ch. łapie oddech, powróciła, jest znowu na świecie.

Podczas gdy ja teraz dopiero czuję się naprawdę jak w orkusowej krainie. Albowiem już-nieistnienie-tego-co-było staje się ostatecznym nie wtedy, gdy, jak wcześniej na Brandenburger- i Hohenzollernstrasse, na jego miejscu niczego już nie ma, lecz dopiero wtedy, gdy w miejscu Byłego albo Niczego rozpościera się jakieś inne Coś.

W moich oczach Breslau został ostatecznie zniszczony dopiero poprzez ową negację negacji. A tego doświadczenia doznałem nieco wcześniej na Grabiszyńskiej. Bowiem to właśnie ta ulica rozciąga się w miejscu należnym właściwie Gräbschenerstrasse; lub też: tam gdzie jak widać należne jej miejsce zajmuje triumfalna ulica Grabiszyńska, tam kiedyś, do roku 45, z niewiadomych powodów rozciągała się, ależ nie, zawężała, ulica zwana ‹Gräbschener›.


źródło: wrocław na fotografii - http://hydral.com.pl/neo/test.php?content=frame

gräbschenerstrasse, skrzyżowanie z friedrichstrasse



  Teraz łatwo mi o tym mówić, teraz, gdy siedzę znowu w hotelu. Jednakże wcześniej, dopóki stałem na Grabiszyńskiej, wcześniej było dla mnie rzeczą absolutnie niemożliwą myśleć o nich obu jednocześnie i przywołać do głowy obraz tamtej drobnomieszczańskiej, rojącej się wówczas od ludzi, sklepowej ulicy, tej Gräbschener, którą widzę przed sobą teraz.

Widzialne, widok nie przewidzianego nigdy przez żadnego mieszkańca Breslau ‹nowego›, przesłaniał mi tamten obraz. A skoro to nowe już tu jest, niezaprzeczalne i nieprzeniknione, wypiera ono nie tylko to, co było, lecz nie pozostawia miejsca nawet na zrozumienie onegdajszego bytu, już samo to staje się czymś niewyobrażalnym. Zasadzie, że w jednym jedynym punkcie przestrzeni nie mogą znajdować się dwa obiekty jednocześnie, zdaje się odpowiadać reguła, że w jednym jedynym punkcie przestrzeni nie mogą istnieć jednocześnie dwa czasy.

  Tym co się sprawdza nie jest zapewnienie Schillera, iż «nowe życie z ruin» wykwita, lecz odwrotnie, że nowe życie powoduje tych ruin nieodwołalność.

Jakie szczęście, że jeszcze, jeszcze w ostatnim momencie, zanim zostało zburzone (bo maszyny budowlane stoją już wszak na obszarze ruin, i wkrótce będzie już na to ostatecznie za późno) zobaczyłem nieistnienie Brandenburgerstrasse. Gdzie jeszcze do dzisiaj zachowało się Nic, tam jutro wzniesie się przypuszczalnie jakieś Coś, coś nowego i wielkiego, przypuszczalnie stanie się to częścią tego ogromnego budowlanego kompleksu przy ulicy Grabiszyńskiej.



*



Wiem, wiem. Wszystko to brzmi okropnie, ponuro konserwatywnie. Ale wszystko to dotyczy tylko i wyłącznie mnie samego. I jeśli ktoś, przedwczorajszy jak ja, utracił tutaj wszystko, ten, jak to się mówi, «nic tu nie zgubił», i winien on opuszczać miejsca, w których powstaje nazbyt wiele nowego.

Wszelkie racje posiadają tutaj jedynie dzisiejsi. I jutrzejsi, młodzi Polacy. Do nich należy ten bulwar. A to, co tutaj zapisuję, w żaden sposób ich nie dotyczy. I zaprawdę byłoby wielką przesadą wymagać od nich, by wczuli się w to, że ziemia, na której żyją, składa się z ruin tego, co było, i że na swojej ulicy Grabiszyńskiej mieszkają na grobach ulicy ‹Gräbschener›.

Podobne żądanie byłoby tym bardziej absurdalne, że przecież to, co tutaj było, nie tylko nie było ich światem, lecz także nie przez nich zostało zniszczone. Przeciwnie, był to świat tych, którzy najpierw spustoszyli i okroili ich kraj Polskę oraz zdziesiątkowali polski naród. I to ci właśnie byli też tymi, którzy zniszczyli swoje własne miasto.

  Nie, Breslau z całą pewnością nie było tym, co tutaj ujrzałem. Lecz miasto Wrocław. Którego istnienie jest pełnoprawne. I któremu życzę na przyszłość wszystkiego dobrego.




7 lipca - VI



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni