lato'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I      

 II

   III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

10  l i p c a  -    II



Kaiserbrücke

Zaprosił mnie do siebie kolega mojego warszawskiego przyjaciela. Jest profesorem na tutejszym uniwersytecie. Mieszka na północnym wschodzie. Musimy więc przeciąć miasto w kierunku Scheitnig. -

Zbliżamy się do Odry. Stajemy przy Kaiserbrücke. Nic się nie zmieniło. Historycznie rzecz biorąc wcale nie takie nieinteresujące. Owa maniera, używanie surowych, ledwie obciosanych kamiennych bloków, została zapewne wynaleziona przez narodowców, a to jako przeciwstyl wobec secesji, odczuwanej jako nazbyt kosmopolityczna i nazbyt żeńska i nazbyt miękka i nazbyt nieniemiecka. -

Pomimo to w czasach mojej młodości ten most był moim mostem, i tak jest jeszcze nawet dzisiaj. A to dlatego, iż należę do tych, którzy most ten w roku 1912 lub 1913 poświęcili. Nasz pięknie ufryzowany nauczyciel śpiewu Amadeus Schmeidler skomponował bowiem w wyższej misji kantatę na jego chrzest, tak zwaną ‹Kaiserbrückenkantate›. I gdybym z jakiego bądź powodu musiał ją teraz nagle zaśpiewać, jeszcze teraz mógłbym to z miejsca uczynić, tę nudną końcową fugę nawet z pamięci – nic dziwnego, gdyż ów kawałek, od którego sukcesu zależała zapewne muzyczna kariera pana Schmeidlera w Breslau, a co najmniej jego nieśmiertelność, ćwiczyliśmy całymi tygodniami. A później, gdy nastał ów wielki dzień, później wyznaczono nam chórzystom ten tam prawy filar mostu jako nasze miejsce. «Stoję tam po drugiej stronie», wyjaśniam Ch., «bo dzisiaj jest prapremiera.» Tak jest: «prapremiera» powiedział pan Schmeidler, który z próby na próbę coraz bardziej przybierał na posturze. I to określenie zrobiło na nas głębokie wrażenie, gdyż Schmeidler dał nam nim wszak do zrozumienia, że po naszym występie nastąpi tysiące innych, przypuszczalnie podczas poświęcania innych mostów albo może nawet w światowych salach koncertowych, tyle że tamtym oczywiście nie będzie już nadawane to samo sensacyjne znaczenie co naszemu, my byliśmy pierwsi. Mało zatem zdumiewające, że, kiedy zaczęliśmy tutaj, stojąc przy filarze, śpiewać, bicie naszych serc wznosiło się aż do gardeł; nie mówiąc już o tym, że naturalnie nigdy wcześniej nie występowaliśmy przed taką publicznością, bo kto oprócz nas śpiewał przed generałami i przed burmistrzami i przed miejskimi radnymi? Do czego jeszcze dochodziło wreszcie i to, że musieliśmy to robić pod otwartym niebem, a nawet pod wiatr, który, dmąc od rzeki w górę, porywał głosy z naszych ust, tak że nie mogliśmy w ogóle słyszeć siebie samych, ani też siebie nawzajem. Toteż faktycznie również ze strachu, iż nie osiągniemy naszej wysokiej publiczności, dla której w końcu dzień po dniu całymi tygodniami ćwiczyliśmy, wydzieraliśmy się ze zwrotki na zwrotkę coraz głośniej. Trzeba sobie tę stratę wyobrazić. Trzeba sobie wymalować, co by to oznaczało, gdyby owo kulminujące kantatę «Heil und Segen immerdar», szczególnie owo «dar» w «immerdar», które zaklinało nie tylko na wieczność jako taką, lecz na wieczność niemieckiej wierności – gdyby owo «Heil und Segen immerdar» nie dotarło jak należy do mundurów i cylindrowych kapeluszy! Co stałoby się wtedy z Breslau? Jak by Breslau wyglądało teraz? Gdzie my dzisiaj byśmy stali? -

Ale nasze obawy były, jak okazało się po końcowym akordzie, całkowicie zbędne, bogudzięki, nawet ostatnie rirtartando, które podczas prób było zawsze rozwiane, wypadło tak perfekcyjnie, jak gdyby wzniosło się z ust jednego jedynego ryczącego czterogłosowego monumentalnego śpiewaka, pan Schmeidler zebrał niesamowite brawa, nawet od generałów, którzy zniżyli się do oklaskopodobnych ruchów dłoni, tę rewerencję skierował następnie, jak byśmy byli słynną Schlesische Singakademie, hojnym ruchem ramienia na nas; i wreszcie następnego poranka odnaleźliśmy siebie w druku, zarówno w <Schlesische> jak i w <Breslauer> co prawda bezosobowo, także pan Schmeidler nie został wprost wymieniony z nazwiska, lecz jak by nie było całe Breslau czarno na białym przeczytało przecież w lokalnych wiadomościach obydwu gazet – i dla nikogo nie było żadnej wymówki – że został «dziarsko odśpiewany zachwycający hymn inauguracyjny», tego nie można było podważyć; a że wszak bez nas, członków chóru Johanneum, a zatem ewidentnie także beze mnie, jak by nie było – drugiego zastępczego prowadzącego altowe głosy, ów niedwuznacznie potwierdzony przez gazety wybuch entuzjazmu nie mógłby nastąpić, również więc ja – Hilde i Eva żarliwie mi zazdrościły – znalazłem się w gazecie. Nie przesadzam, gdy twierdzę, iż ów poranek, gdy ojciec położył obok mojego śniadaniowego kakao oba lokalne doniesienia, był dla mnie epokowy, że w ów poranek po raz pierwszy wolno mi było opuścić mroczne i beznadziejne niższe królestwo anonimowości, które do tej pory musiałem dzielić z milionami ludzi na świecie, a przynajmniej, że otworzyła się wtedy po raz pierwszy luka w dachu, przez którą mogłem rzucić spojrzenie na oślepiające wyższe królestwo rozgłosu, na królestwo, w którym na pewno raz człowiek by się liczył, a może nawet przez całą wieczność. Czy dziwi zatem, że Kaiserbrücke, któremu zawdzięczam taki przewrót, przyznałem w moim sercu cesarskie miejsce? I że też jeszcze teraz mogę w mym sercu odnaleźć resztki tej wierności?

  Swój szczytowy punkt osiągnęła moja namiętność do Kaiserbrücke i moja z niego duma jednakże dopiero rok później, w każdym razie wtedy widziałem go częściej niż kiedykolwiek wcześniej lub później. A to dlatego, że ów rok 1913 nie był takim sobie zwyczajnym, lecz rokiem szczególnym. Wtedy bowiem po raz setny powtórzyła się rocznica tak zwanych ‹wojen wyzwoleńczych›, na święto tej patriotycznej erupcji, którą oczywiście bardziej należało przypisywać carowi Wszechrosji i cesarzowi Austrii aniżeli królowi Prus, na święto tej wielkiej przeszłości (jednocześnie naturalnie też już na wigilię święta wybuchu Pierwszej Wojny Światowej, na którą faktycznie mieliśmy czekać jeszcze tylko rok – widocznie nasz Wilhelm miał do dyspozycji nadzwyczaj kompetentnych proroków) urządzono jak na nasze breslauskie warunki wręcz monstrualnie wielką imprezę, tak zwaną ‹wystawę stulecia›: od sali do sali nie mający końca pokaz mundurów, broni, dokumentów, bitewnych malowideł, portretów Gneisenau'a, Scharnhorsta, starego Blüchera i tak dalej, które celowały w to, by nas, niebohaterskich pra- i praprawnuków dawnego bohaterskiego rodzaju przywołać do dumy i naśladownictwa. Aby odprawić te największe na świecie ojczyźniane uroczystości, zbudowano nawet największą kopułową budowlę świata z największymi na świecie organami – innymi słowy: Breslau stało się nagle centrum, wprawdzie nie kulturalnym centrum świata, albo Niemiec, ale jednak przynajmniej (nawet jeśli termin ten nie był nam wówczas jeszcze znany) centrum psychologicznych przygotowań do wojny – tak czy inaczej, podobnie jak wszyscy moi szkolni koledzy, również ja byłem szczęśliwym posiadaczem uczniowskiego abonamentu, z którego obficie korzystałem, tym obficiej, że obok głównej części wystawy, części ojczyźnianej, była tam też jeszcze inna część, tak zwany ‹park rozrywek› z diabelskim młynem, strzelnicami, kolejkami górskimi, tańczącymi szkieletami, budami z wiedeńskimi kiełbaskami, złotorybimi kobietami w ogromnych akwariach i tym podobnymi dziwnymi rzeczami, tak więc dział nie mający bezpośrednio z patriotyzmem nic wspólnego, lecz który nas jednak za nasz pilny patriotyzm sowicie wynagradzał. I tym sposobem jestem znowu przy Kaiserbrücke. Ponieważ nie mogłem się dostać na naszą wystawę inaczej niż przez ten most, ten naturalnie stał się dla mnie ostatecznie moim mostem.

  «Król zawołał, i wszyscy, wszyscy przybyli», nazywało się to wtedy, nawet chyba przypominam sobie, iż to stwierdzenie było mottem wystawy, dumnie jaśniejącym przy wejściowej bramie. I nawet jeśli dopiero na obchód stulecia, to jednak «przybyłem» i ja. -

Dopiero znacznie później, dopiero w moich latach uniwersyteckich, dowiedziałem się, jak niechętnie (w co chętnie wierzę) król, mianowicie Friedrich Wilhelm III., «zawołał», i że to raczej «wszyscy, wszyscy» zawołali jego, i to nie do nieusłyszenia głośno, tak że majestatowi nie pozostało nic innego jak również «przybyć» - wersja, której w rzeczy samej, bo spontaniczność ludu stała się dla mnie tak samo wątpliwa jak spontaniczność królów, nie potrafię dać wiary w tym samym stopniu co pierwszej. Kimże mieliby być owi «wszyscy», którzy rzekomo zawołali? Jak to się odbywa, gdy «wszyscy, wszyscy wołają»? Od tego rodzaju podejrzliwych pytań byłem wtedy, w roku 1913, oczywiście jeszcze bardzo daleki, gwałtowny przypływ nowych rzeczy i przeżyć, jaki przede mną się każdego dnia przewalał, nade mną załamywał i nie zezwalał na wytchnienie, nie dałby mi ani siły ani czasu (bowiem także nieufność wymaga siły i czasu), by to czy tamto poddać w wątpliwość. I tak było naturalnie nie tylko ze mną, lecz z wszystkimi dziećmi, nie, nawet ze wszystkimi w ogóle, w każdym razie nie sądzę, byśmy wówczas znali kogokolwiek, kto by mniej był skłonny wierzyć i nie dał się uwieść, kto by mniej wierzył i został mniej uwiedziony niż ja, a do dorosłych odnosi się to nie mniej niż do nas dzieci, lub poprawniej: do nas dzieci nie mniej niż do dorosłych, bo oni byli nam przykładem. I nawet ojciec nie był tu wyjątkiem. Gdyż jeśli by nim był, wtedy musiałby się przecież wzbraniać przed sprezentowaniem mi abonamentu na to szowinistyczne widmo. Czy może jest to pretensja po czasie i nie fair? Bowiem odłączyć się, było już przecież zawsze diabelnie trudno, szczególnie wtedy, gdy chodziło o dowody lojalności, i naturalnie najtrudniej zawsze dla tych, którzy musieli się obawiać, nie, którzy wiedzieli, że i tak nie byli jeszcze «włączeni» (a więc jeszcze nie zaakceptowani jako zupełnie swoi), i że z owego szczebla drabiny, który z trudem osiągnęli, mogliby z powodu jednego nierozważnego kroku znowu spaść w dół: a więc dla nas Żydów. Ale mimo to. W powiązaniu z tą szczękającą bronią wystawą nie jest dla mnie myśl o moim tak naiwnym ojcu przyjemna. Tym mniej, że nie ograniczył się on jedynie do tego, że umożliwił mi jej odwiedzanie, lecz że nawet w niektóre niedziele pakował matkę i nas troje i Elsę do tramwaju, aby spędzić tam z nami cały dzień, tak jakby muszkiety i chorągwie tworzyły coś w rodzaju Luwru, albo jakby ten park rozrywek był nadbałtycką plażą. W końcu ojciec miał już wówczas czterdzieści trzy lata, a więc dojrzały mężczyzna, i wychowawca, i to nawet taki, któremu nigdy nie przeszło przez usta słowo «wychowanie», żeby po nim nie pojawiło się słowo «reforma»; i naukowiec, i to taki nawet, który nigdy nie wypowiedział tego słowa, bez doczepienia ozdobnika «wolny od uprzedzeń». Ciężko zrozumieć, co tam się w nim działo. Widocznie dokładnie wiedział, w którym punkcie rozsądniej było występować jako nie wolny od przesądów i nie po reformatorsku – przez co wcale nie twierdzę, iż on sam wiedział, że to wiedział. Jak wszyscy jego akademiccy przyjaciele był wystarczająco mądry, żeby być naiwnym. Ale on był naprawdę naiwny, w stopniu przynajmniej tak wielkim, że dowodziłoby to naiwności z mojej strony, gdybym teraz z tego powodu zarzucał mu nierzetelność. -

Może brzmi to wszystko tak, jak gdyby zabrakło we mnie dla niego miłości i wielkiego szacunku. Ach, na pewno nie. Te czuję jeszcze nawet dzisiaj, nie mniej niż wtedy. Co o nim mówię, tego właściwie nie mówię o nim, lecz o wszystkich jemupodobnych, o jego pokoleniu. A że do niego należał, to już nie była przecież jego wina.





10 lipca - III



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni