jesień'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I      

 II

   III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

11  l i p c a  -    II



Powrót

Wyjazd w przygniatającym upale o trzeciej po południu, mam nadzieję dojechać do Gablonz, głęboko w CSSR, żeby tam przenocować, przedtem jednak jeszcze wiele do zabrania: w każdym razie dawny raj, a mianowicie Riesengebirge, które są w końcu jedynymi górami, które słusznie noszą tę nazwę. Tutaj mogą wszystkie inne tak zwane <góry> (a wolno mi o tym mówić, bo w międzyczasie widziałem przecież w końcu Fujiyamę i Popokatepetel i szczyty Alaski), tutaj mogą one ile chcą pysznić się hałaśliwie swymi tysięcznikami, już sam fakt, że muszą, aby być wiarygodne jako <góry>, uciekać się do tak godnych pogardy środków, mówi sam za siebie – prawdziwymi górami, tymi górami są i pozostaną naturalnie Riesengebirge, i nie mogę obok nich ot tak po prostu przejechać, uwzględniłem to już na pierwszym szkicu mego podróżniczego szlaku, przynajmniej Koppe musiałem jeszcze raz ujrzeć, gdyż była ona nie tylko kwintesencją wakacji, a więc złotej epoki, lecz również bezsprzecznie najwyższym szczytem świata, oraz tym szczytem, którym uczynił mnie bezsprzecznym panem świata, bo kiedy się na nim stało, i, owiewanym szczytowym wiatrem, obróciło się wokół siebie, to przecież jak okiem sięgnąć nie było widać żadnego konkurencyjnego szczytu, żadnego w kierunku na Breslau i żadnego na Dresden i żadnego na Pragę, i jak okiem sięgnąć żadnego człowieka, który mógłby stać wyżej niż my sami. Mało zatem zdumiewające, że sobie wtedy Koppe przywłaszczyłem, że pasowałem ją na <moją> Koppe, nawet ojcu nie odstąpiłbym tego monopolu, jej sylwetka rzeczywiście odgrywała dla mnie rolę hieratycznego ideogramu, w ciągu moich pierwszych dziesięciu lat, w których prawie nigdy nie wypuszczałem z rąk ołówka, nie było żadnego motywu i żadnego obiektu, który, czy to z natury, czy z pamięci, rysowałbym częściej niż ją, robiłem to z tą samą monomanią, z jaką inni chłopcy rysowali tylko konie albo tylko łodzie torpedowe, w domu robiłem to niemal codziennie na dużej czarnej tabliczce łupkowej, i to nawet z zamkniętymi oczami, ku nieskończonemu zdumieniu dzieci Müllerów z «nad nami» przy Brandenburger Strasse 54, pokój ich prochom, a kiedy nadszedł wielki moment początku wakacji, a więc gdy dotarliśmy do Krummkübel, nie było, choć przecież mieliśmy przed sobą pięć lub sześć tygodni, nigdy nie było dla mnie do zrobienia nic bardziej naglącego, niż gdzieś, skąd mogłem moją Koppe dobrze przywitać, najlepiej z balkonu Villa Marie, usadowić się, aby stamtąd odmalować ją z natury. Koppe wolnostojąca, Koppe we mgle, Koppe o poranku, Koppe wieczorem, Koppe ołówkiem, Koppe tuszem, Koppe kredą – kiedyś nawet odkryłem, że była liliowa, ku mojemu potwornemu zdumieniu, bo wystarczająco często byłem przecież tam na górze, w końcu przecież widziałem, że te kamienne bloki, z jakich się składała, nie były liliowe, tylko szare i jak mech zielone i metalicznobrązowe - ale cóż mi po tym, skoro Koppe stała się liliowa, tamtego wieczora nie można było temu zaprzeczyć, miałem nawet podejrzenie, że była taką już wcześniej, przynajmniej niekiedy, tylko że ja nie miałem odwagi, by to przed sobą przyznać, jeśli o to chodzi, będę w przyszłości musiał być bardziej uważnym; teraz była w każdym razie liliowa, i czy mogło się coś zdarzyć, gdybym ją, jaką była, tak na próbę na moim szkicu pomalował teraz na liliowo? Co kusiło mnie tym bardziej, że owej małej cegiełki z liliową farbą w mym pudełku akwarel jeszcze w ogóle nigdy nie wypróbowałem. Tak jest, coś mogło się wydarzyć, coś się wydarzyło, bowiem gdy tylko Hilde (ta siwowłosa, pogrzebana w Berlinie, nie, ta wtedy dziewięcioletnia z dwoma czarnymi warkoczami) i Eva (ta żyjąca w Jerozolimie siwowłosa, nie, ta wtedy pięcioletnia z jasnowłosym mysim ogonkiem) – ledwie te dwie odkryły mój obrazek liliowej Koppe, już mi go wyrwały i jako ostateczny dowód mego szaleństwa – bo od kiedy to Koppe jest liliowa? - nie mogąc złapać oddechu przekazały matce, która teraz nie wiedziała, komu winna była przyznać rację, utalentowanemu synowi czy dwóm siostrom, które w żadnym razie nie powinny cierpieć z powodu kompleksu niższości – aż ojciec, poderwany krzykiem, ukazał się jako deus ex machina i po spojrzeniu najpierw na moją Koppe i następnie po porównawczym spojrzeniu na Koppe prawdziwą osądził, że ta przy tym wieczornym świetle rzeczywiście wygląda na liliową, a więc że ja miałbym rację – co wcale jednak nie wyklucza, że tak samo rację miałyby Hilde i Eva, jako że Koppe nie byłaby liliowa, lecz tylko by tak wyglądała – rozstrzygnięcie, po którym matka spojrzała na niego z uwielbieniem. Jednakże było ono o wiele mniej salomonowe, niż on i ona pewnie myśleli, w każdym razie nie uczyniło szczęśliwymi ani sióstr, ani mnie, raczej wszyscy troje czuliśmy się oszukani, mnie ojcowski wyrok nawet przepełnił metafizycznym niepokojem, bo że jakaś rzecz, i to nawet rzecz tak znaczna jak Koppe, mogła wyglądać inaczej niż była, musiało mieć jakiś związek, tak mi się zdawało, z nieczystymi siłami, zaś fakt, iż ojciec mówił o tym, jak gdyby chodziło o coś samo przez się zrozumiałego, i jakby można było ot tak sobie przejść nad tym do porządku dziennego, pozostał dla mnie zupełnie nie do pojęcia. Jakże mógłbym już wtedy przeczuwać, że jako teoretyk poznania ojciec nie był luminarzem, nie, że nad pewnymi tak zwanymi «poznawczo-teoretycznymi» problemami ojciec nie potrafił się nawet zadziwić? I to nie tylko ponieważ o teorii poznania jeszcze niczego nie wiedziałem, nie mogłem wtedy jeszcze wiedzieć, lecz także ponieważ w moich oczach ojciec (nie niepodobny do Schneekoppe) przedstawiał sobą szczyt, i ponieważ myśl, że nie byłby on pod jakimkolwiek względem boski, nigdy nie przyszłaby mi do głowy. -

Tak więc miała się rzecz z Koppe i Riesengebirge, którym jechaliśmy teraz naprzeciw, nie, którym naprzeciw ja się gorączkowałem, które musiałem jeszcze raz zobaczyć, tak jak jeszcze raz musiałem był zobaczyć Breslau.





11 lipca - III



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni