lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI     

 VII

   VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -   VII

Znowu Brandenburgerstrasse 54

A la recherche du temps perdu? Nie jestem tego całkiem pewien. Możliwe, że obraz tego lub innego odcinka przebytej drogi zaginął, podróż była długa i barwna, nazbyt długa, nazbyt barwna, Europa, Ameryka, Azja, a liczba poszczególnych etapów nazbyt duża, z pewnością nie potrafiłbym ich wszystkich kompletnie zrekonstruować, dlaczego miałbym też to robić, cui bono? – nie, nigdy nie zajmowałem się ‹recherche›. Lecz jeśli, co teraz stało się być może faktem, odczuwam pragnienie zobaczenia przed sobą pierwszego obrazu pierwszego świata (i to nie tylko mojego pierwszego świata, lecz naturalnie tego świata): obrazu placu Hohenzollern z kwitnącymi na pierwszym planie akacjami i brudnymi piaskownicami w tle, i obrazu Brandenburgerstrasse z biegnącym na szczudłach od jednego rogu do następnego chłopcem o imieniu Günther, z którym miałbym rzekomo być tożsamym (obie wersje są jednakowo szalone, aczkolwiek bez wątpienia prawdziwe) i obrazu kamienicznej bramy z dwoma nagimi i brodatymi muskularnymi postaciami po prawej i lewej –

  tak więc aby ujrzeć przed oczami ten pierwszy obraz pierwszego świata, nigdy nie musiałem zrobić niczego więcej, i to bez względu na to gdzie rzucił mnie akurat tak zwany los, niż po prostu przymknąć oczy. Gdy tylko to zrobiłem i przywołałem ów świat, ten pojawiał się, i powracałem do domu. I właściwie także teraz nie musiałbym uczynić niczego więcej.


źródło: wrocław na fotografii - http://hydral.com.pl/neo/test.php?content=frame

hohenzollernplatz, brandenburgerstrasse (l.) i schwerinstrasse (p.)



  Ale po co? Po co przywoływać zamiennik? Obraz? Przecież teraz tutaj jestem. Teraz przecież powróciłem do domu. Bądź pozdrowiona, cicha kamienico.



*




Nie ma tu ani jednego metra kwadratowego, który nie mógłby równie dobrze albo równie źle znajdować się w każdym innym dowolnym kraju i w każdym innym dowolnym dziesięcioleciu. Za surowym parkanem gliniasta ziemia, lekko wznosząca się w tyle, jak audytorium, w najlepszym razie teren pod zabudowę. I gliniasta ziemia także przed parkanem, tutaj, gdzie stoję i gdzie kiedyś był naturalnie asfalt, był jeszcze asfalt, był znowu asfalt, czy ja wiem, teraz w każdym razie żaden człowiek ani żaden Bóg nie mógłby już rozpoznać, że coś takiego kiedykolwiek tu leżało. Zawsze znajdzie się coś, czego można się jeszcze nauczyć. Na przykład, że jakaś ulica, czy jak by to-tutaj można jeszcze nazwać, na której od dwudziestu lat nie leżał bruk, wygląda tak samo, jak ulica, na której bruk nie leżał nigdy; że czas miniony i czas przyszły są do siebie podobne, ależ nie, nawet przenikają się nawzajem; i że to, co leży między nimi: ów krótki czas historii, stanowi jedynie intermezzo pomiędzy Ciemnością a Ciemnością.


  Zadaniem parkanu jest zapewne ochrona dzieci, które tutaj na placu Hohenzollern, czy jak on by się teraz nie nazywał, głośno i radośnie się bawią (a mogą to robić tysiąc razy lepiej niż za naszych czasów, bowiem gruzowisko symuluje całe pasma gór z ich szczytami i dolinami), przed tym, co dzieje się za nim. Co zaś jest za nim, zdaje się na pierwszy rzut oka być niczym, gruz tylko i ziemia, ale dzisiaj jest święto, dzień martwy, i stojąca tam koparka wszak dowodzi, że owo Nic stało się już gruntem pod zabudowę, kto wie, czy wczoraj nie pracowano tu intensywnie, i może już jutro odkryta zostanie piwnica (w której Hilde i ja stoczyliśmy przed pięćdziesięciu pięciu laty pamiętną bitwę, podczas której bombardowaliśmy się składowanymi tam kartoflami, i gdzie dopiero wieczorem znaleziono nas brudnych i pokrwawionych, i w której więcej niż trzydzieści lat później, dokładniej dwadzieścia jeden lat temu, młodziutcy chłopcy, których istnienie na długo jeszcze pozostanie niewiadome, będą obsługiwali maszynowe karabiny) – może piwnica ta zostanie odkryta już jutro, żeby można tu było coś wybudować, i żeby z Niczego nie pozostało tu nic.

  Pomiędzy gliną, podartymi gazetami i kawałkami cegieł coś białawego, może kostka od kurczaka, a może ludzka kość, co akurat tutaj nie byłoby zbyt zdumiewające. Ale po dwudziestu jeden latach taka ludzka kość nie byłaby czymś bardziej straszliwym od kostki kurczaka, i wątpliwe by mogła ona teraz być cząsteczką jakiegoś bytu innego rodzaju. Czy wówczas, za życia, spełniała ona swą funkcję w ciele jakiegoś ptaka, czy też w ciele któregoś z późniejszych lokatorów naszego starego mieszkania, czy też w ciele pogrzebanego pod stropem naszego domu syberyjskiego piechura, także ona, owa kość, nie potrafiłaby tego dzisiaj już powiedzieć, podobnie zresztą jak i my sami.

  Bezsprzecznie zachował się jednakże bruk jezdni; i może jeszcze rynsztok, który (choć chodnik to już tylko glina) jest poniekąd rozpoznawalny jako rodzaj progu – przypuszczalnie, kiedy wszystko się paliło, stopiła się też asfaltowa nawierzchnia.

  Archeologiem chciałem kiedyś zostać, kilka lat po tym, jak stąd wyjechaliśmy. I patrzaj, oto teraz nim zostałem, późno, ale jednak. Podobnie jak wzdłuż zarośniętego Forum Romanum, na którego pięknym bruku pozwalał się wielbić August, człapał Claude Lorrain – a wokół niego pasły się krowy; tak i ja człapałem teraz po gruncie, na którego pięknym betonie pozwalałem się przed pięćdziesięciu pięciu laty wielbić dzieciakom w wieku od trzech do ośmiu lat jako najlepszy biegacz na szczudłach placu Hohenzollern – a wokół mnie jest tylko brudna ziemia. Naturalnie ta brudna ziemia była tu już także wtedy, gdy biegałem po placu na szczudłach, ale co znaczy tu ‹ona była›, skoro była niewidoczna i nieznana, i skoro żaden człowiek nie myślał o tym, że kilka centymetrów poniżej betonu, i aż do samego środka tej planety, nie, od samego środka dalej, aż do powierzchni naszych antypodów – że tam wszędzie panuje brudna ziemia, ów byt (Seiende), który nic nigdy nie słyszał o ludzkich poczynaniach, i o pięknym betonie. I tenże byt przebił się tu teraz znowu. –

Z powrotem do hotelu. –




7 lipca - VIII



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni