jesień'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I      

 II

   III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

9   l i p c a  -   II


Liebichshöhe



f
o
t
o

*

z
o
f
i
a

*

l
e
g
u
s

plac kościuszki (1956)

Wałęsamy się dalej. Bardzo gorąco. Po prawej stronie Tauentzienplatz ‹Dom Prasy›, ogólnie dostępna czytelnia z gazetami o wszelakim kolorycie: Le Monde, brytyjskie dzienniki, Neue Züricher Zeitung w jednym rzędzie z czasopismami wschodnimi. Kupuję New York Times z datą z poprzedniego zaledwie dnia. Zostaję, aby zasięgnąć informacji o sytuacji we wschodniej Azji. Na prawo ode mnie Chińczyk lub Wietnamczyk, po lewej Afrykańczyk. Obaj czytają wydawnictwa francuskojęzyczne. Mniej prowincjonalnie nie może być nigdzie indziej. I to ma być owo gniazdo Breslau? Z dzieci rosną ludzie.

  Powałęsaliśmy się dalej. Kilka minut na ławce w cieniu drzewa przy Stadtgraben. Po lewej stronie plantów owo złe miejsce, w którym – był to szok naszego dzieciństwa – ładna córka przyjaciela ojca, Malachowskiego, została po ciemku, prawdopodobnie przez jakiegoś urlopowicza, zdarzyło się to bowiem w roku 1915, zgwałcona i pozostawiona samej sobie. Dzisiaj musiałaby mieć nieszczęsna 75 lat, tryb przypuszczający naturalnie zupełnie bezsensowny, bo ta piękna dziewczyna, po tym jak stwierdziła, że jest w ciąży, powiesiła się – trudno sobie wyobrazić, że przemoc i śmierć miały istnieć już wtedy, w roku 1915, i że znało się ludzi, którzy nic nie słyszeli nie tylko o Wietnamie czy Hiroszimie lub Auschwitz, ale nigdy nawet o Verdun. Dla nas dzieci ‹przypadek Malachowski› - jako takie kursowało to nieszczęście całymi tygodniami po gazetach – był pierwszym wtargnięciem przemocy w bliską nam sferę.

Lecz również nasi rodzice byli w panice, i, jak myślę, nie tylko dlatego, że to nieszczęście się wydarzyło, lub że coś podobnego mogło się znowu powtórzyć, ale także dlatego, że przed nami, dziećmi, chętnie by ten fakt zataili, po raz pierwszy zrozumieli wtedy jednak, że nie mogli już dłużej utrzymać zewnętrznego świata na zewnątrz. Minęło.

Zaprawdę minęło. Dzisiaj bowiem oprócz mnie nie ma prawdopodobnie już nikogo, kto jeszcze by o tym zdarzeniu coś wiedział, i nawet ja nie potrafię już odszukać w pamięci imienia tej nieszczęsnej, nawet tutaj na miejscu przestępstwa, gdzie usiłuję je przywołać i gdzie, jeśli gdzieś w ogóle, powinienem móc je odnaleźć. To już naprawdę finał. Po tym jak o niej przed chwilą, i też już bezimiennie, wzmiankowałem, nikt już nigdy nie pomyśli o głuchym napadzie w krzakach tych plantów.

I dlaczego miałoby być inaczej, skoro ten akt przemocy był doprawdy tylko jednym z tysięcy, skoro i tak nie ma tu choćby na stopę szerokiej powierzchni, pod którą nie leżeliby pomordowani; nawet jeśli są to pomordowani, na których kolej przyszła dopiero trzydzieści lat później, lub odpowiednio: przyjdzie na nich kolej? -

  Ta wznosząca się tutaj nieco w górę droga jest wciąż jeszcze tą samą, która już wówczas prowadziła wysoko na ‹Liebigshöhe›, czymkolwiek by owo ‹Liebigshöhe› nie było; znajdowała się tam wieża widokowa, jak mi się zdaje, i restauracja pod drzewami, w każdym razie przypominam sobie, w wieczory, gdy ojciec miał szczególnie dobry humor (przeważnie dlatego, że dla odmiany skończył właśnie pisać kolejną książkę, zdarzało mu się to o wiele częściej aniżeli mnie) wspinaliśmy się tu, aby później, siedząc na tarasie, robić coś dla nas zupełnie niezwyczajnego, nie, wręcz włosko-egzotycznego: mianowicie zjadać owocowe lody, owocowe lody, które nawet (moje pierwsze prawdziwe spotkanie z Italią) nazywały się naprawdę <Cassata>.

Do tego dochodziło oczywiście – i było to dla mnie jeszcze mniej zwyczajne niż Cassata – że Liebigshöhe było jedynym miejscem na świecie, gdzie muzyka, którą dotąd znałem jedynie jako wspaniałe intermezzo, płynęła absolutnie bez przerwy – nie sądzę, abym przeżył tam choć jedną chwilkę, albo chociażby takiej oczekiwał, która nie byłaby wypełniona Chórem Pielgrzymów, Marszem Weselnym lub Uwerturą do Aidy. Miejsce to było widocznie tak samo niemożliwe bez muzyki jak bez powietrza lub przestrzeni albo czasu. -

I w końcu dochodziło do tego jeszcze i to (nie, to nie dochodziło, to było dla mnie największą sensacją tego miejsca), że z Liebigshöhe można było w czyste jesienne dni ujrzeć na horyzoncie sylwetkę ubóstwianych przeze mnie Riesengebirge, wprawdzie bardzo małych, jak przez odwróconą teatralną lornetkę, lecz jednak absolutnie bezsprzecznych. Że sylwetka ta, będąca monopolem wakacji, istniała także poza wakacjami, a nawet mogła być widziana z Breslau, było jakąś nadzwyczajną sprawką, wtargnięciem w codzienność ponadzmysłowego, którym człowiek właściwie nie miał prawa się delektować, ani go nawet oczekiwać.

  Oto raz jeszcze stałem tam wysoko. Ale dzisiaj jest zbyt gorąco. Nic z Riesengebirge. Od biedy dają się rozpoznać rozwodnione kontury Zobten.


liebichshöhe (ok. 1908)


Dopisek Wiedeń, sierpień

Że ci, którzy trzydzieści lat później korzystali z Liebigshöhe zrozumieliby mój ówczesny zachwyt, jest rzeczą zupełnie nieprawdopodobną. Wojskowa mapa z 7 marca 1945 dowodzi, że głównodowodzący miastem Breslau bezwstydnie zbezcześcił nasze bajkowe miejsce, że właśnie tam zainstalował swą bojową placówkę, aby dyrygować z niej ogniem (albo jak przekornie nazywał to jeszcze piętnaście lat później: ‹ogniowym czarem›) płonącego miasta. -

Naturalnie, również dla niego Riesengebirge miały specjalne znaczenie, albowiem, jak akurat czytam, właśnie Schneekoppe była stacją namiarową dla jego ‹decymetrowego połączenia› ze światem zewnętrznym. Tak więc teraz już wiem, po co Pan Bóg stworzył Schneekoppe.




9 lipca - III



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni