lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I      

 II

   III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

8   l i p c a  -    II


  Załóżmy, zaczynam, iż miałaby ona tutaj teraz akurat swój wielki występ i pojawiłaby się, poprzedzona dźwiękiem trąbek, w swym wielkim jak młyńskie koło słomianym kapeluszu z huśtającymi się na nim ozdobnymi strusimi piórami, z przeciwsłoneczną zieloną parasolką po lewej, w swej zapiętej przy pomocy fiszbinu aż pod brodę białej bluzce, w swej sięgającej ziemi ciemnej spódnicy, i ze mną w marynarskim ubranku po prawej, krótko: pojawiłaby się tutaj niczym (naturalnie przełożona na przyzwoitą) figura z obrazu Toulouse-Lautreca i stanęłaby przed tobą, na pewno poraziłby cię jej widok, «what a period play!» wykrzyknęłabyś, albo «look at that fantastic scarecrow!»

Ale nie miałabyś w tym racji. Wystarczyłoby bowiem, byś nieznacznie podwinęła rondo jej kapelusza, żeby stwierdzić, że nie jest ona wcale bardziej «period figure», aniżeli ty, mimo twej krótkiej spódniczki, jesteś period figure roku 1966 i że nie jest ona niczym mniej niż scarecrow, przeciwnie jest bardzo ładną i pełną gracji, nawet jeśli nie rozkwitłą do pełni dojrzałości kobietą, wyglądającą tak, jak ładne żydowskie kobiety wyglądały już przed dwoma tysiącami lat w Galilei i później w Hiszpanii, a być może, miejmy nadzieję, jak będą też za dwa tysiące lat wyglądały gdziekolwiek indziej, poza tym jest młodsza o całych dwanaście lat niż ty dzisiaj, mimo że brzegiem swej spódnicy zamiata <Bürgersteig> i <Trottoir> (‹Bürgersteig› i ‹Trottoir› mówiono wtedy), podczas gdy twoja spódnica, nawet tutaj w Polsce, uznawana jest za nieco staropanieńską (ona na jej widok zaczerwieniłaby się po koniuszki włosów), sięga ci bowiem zaledwie do kolan. Nie, wszystko to nie gra żadnej roli.

Gdybyś bowiem, jak powiedziano, odchyliła trochę do góry rondo jej kapelusza, miałabyś przed sobą melancholijną el grecowską twarz, jedną z owych subtelnych twarzy żydówek, jakich niezliczoną ilość dopiero co widzieliśmy, mówię o Auschwitz, na pokrytych cyframi setkach paszportów żydowskich kobiet, do których na rozkaz z góry zawsze wpisywane było jako drugie owo tak pięknie i godnie brzmiące w historii o Abrahamie imię Sara (imię pramatki, u której Bóg «wywołał śmiech» czyniąc ją «matką wielu narodów») - tak jakby było to imię o śmieszności nie do przebicia, i tak jak gdyby nosicielki tego godnego szacunku imienia teraz już nie tylko nie były godne nieść życia, lecz nawet nie były godne same przy życiu pozostać - wszystko jedno, setki tych zdjęć mogły być paszportowymi fotografiami mojej matki, i także w jej paszport zostanie pewnego razu wpisane to godne szacunku i śmiertelnie-śmieszne drugie imię, albo poprawniej: zostało wpisane to godne szacunku i śmiertelnie-śmieszne drugie imię.

Ale mówienie o tym tu i teraz prowadziłoby zbyt daleko, gdyż ona - ta prawdziwa, która teraz w roku 1906 stoi przed nami, w tym wielkim jak młyńskie koło strusiopiórym kapeluszu, z tą zieloną przeciwsłoneczną parasolką po lewej i z chłopcem w marynarskim ubranku po prawej


źródło: wrocław na fotografii - http://hydral.com.pl/neo/test.php?content=frame

höfchenstrasse (ok. 1910)



- gdyż ona nie może teraz nie tylko niczego wiedzieć o Auschwitz, lecz nawet nie ma przed sobą Auschwitz jako ostatniej stacji, tą będzie dla niej (jak to się mówi: niezbadane są boskie wyroki) Nowy Jork - co naturalnie nie jest z mojej strony żadną krytyką wobec matki, Boże broń, ani też w żadnym razie nie twierdzę, że ci nie wymordowani przez Hitlera wymigali się od ostatecznego: od aresztowania lub od gazu, w końcu nie jest hańbą, nie mieć przed lub za sobą Auschwitz, tak samo nie jest to hańbą, jak nie jest zasługą być wpisanym na listę lub faktycznie zostać wywiezionym do Auschwitz - ach, cóż to w ogóle znaczy: «wymigać się od ostatecznego», wymigać i tak się nie można, obojętne czy w Auschwitz, czy w Nowym Jorku, i tak człek zostanie przyłapany, również na Manhattanie ginie się w końcu pewnego razu w bólach, i to właśnie spotkało ją tam przed dwudziestoma laty.

Oczywiście wtedy, mam na myśli: w lipcu 1906, kiedy stała tu, gdzie stoi teraz przed nami, w swym wielkim jak młyńskie koło słomianym kapeluszu, i po prawej z chłopcem w marynarskiej bluzie, z chłopcem noszącym moje imię, i wskazuje do góry zieloną parasolką na okno na czwartym piętrze, którego stąd i z dzisiaj nie możemy już widzieć - teraz więc w lipcu 1906 jest ona oczywiście jeszcze bardzo młoda, dwanaście lat młodsza niż ty dzisiaj, ma dopiero dwadzieścia cztery lata, i to, co kiedyś ją spotka, mówię o jej śmierci przy 78. Street East Manhattan, jest jej teraz wszak jeszcze niewiadome, nie, nawet nie przeznaczone, pytanie, gdzie kto utraci życie, nikomu nie przysparza teraz jeszcze zmartwień, całkiem przemilczając pytanie, jaki rodzaj śmierci kogo być może w wyniku jakiejś ‹selekcji› oczekuje, to słowo, którego od czasów rampy w Birkenau nie potrafimy głośno wypowiedzieć, brzmi teraz, w lipcu 1906, jeszcze całkiem niefrasobliwie i wychodzi lekko z naszych ust - póki co znajdujemy się, całkiem jeszcze niewinni, w Breslau, w gorące popołudnie roku 1906, kiedy to u jej ręki czteroletni w marynarskim ubranku spoglądam na zmianę to na nią, to na rzeczone okno na czwartym piętrze, i to w całkowitym przekonaniu, że wyszła z naszego ilustrowanego tomu ‹Tysiąca i jednej nocy› oraz że wzdłuż i wszerz nie ma kobiety od niej piękniejszej, ależ nie, w ogóle nic piękniejszego, ojciec też tak zawsze mówił, a ojciec musi w końcu coś takiego wiedzieć...

Nie, bezsens, niczego podobnego ojciec nie wiedział, nawet jeśli zawsze tak mawiał, dzisiaj po sześćdziesięciu latach mogę spokojnie już o tym mówić, a wobec ciebie doprawdy nie muszę sobie narzucać żadnych hamulców, nie poznałaś bowiem nigdy ani jej, ani jego, nie mogłabyś ich nawet poznać, nie, o kobietach ojciec nie miał w ogóle żadnego pojęcia, myśl, przyrównać matkę do innych, nie przyszłaby mu do głowy nawet we śnie, słowo ‹kobiety› nigdy nie przeszłoby mu przez usta, już sama liczba mnoga jawiła by mu się jako poligamia, i jeżeli, co mogę rzeczywiście jeszcze i dzisiaj przysiąc, zapewniał co i raz, że matka była ‹najpiękniejsza wzdłuż i wszerz›, to znacznie więcej mówił w ten sposób o sobie, aniżeli o niej - wprawdzie również, że kochał ją i tylko ją, w co wątpić jest rzeczą doprawdy niemożliwą, ale oprócz tego albo przede wszystkim wynosił w ten sposób swój brak doświadczenia oraz swą monogamiczną strachliwość do miana zacności i w uznaniu tejże zacności przypinał sobie do piersi order.

Nie, tą najpiękniejszą matka (co zresztą ku memu wielkiemu zdziwieniu dostrzegłem dopiero kilka lat później) jednak niestety nie była, do prawdziwie orientalnej piękności, do «róży Sarońskiej, a lilii przy dolinach» nie mogła rozkwitnąć już tylko z tego powodu, że w jej wschodnie oblicze księżniczki wpisało się coś z wyższej szkoły cór, coś z przesadnej gorliwości i faryzeuszostwa - co oczywiście nie było niczym dziwnym, bowiem w dzieciństwie, i jeszcze w okresie wczesnego dziewczęctwa, ba, aż do samego dnia swego wesela miała ona to nieszczęście, że żyła w absolutnie matriarchalnym domu, w królestwie całkowicie pozbawionym mężczyzn i płci, rządzonym przez sztywno zasiadającą w ustawionym między pokojowymi palmami wielkim fotelu babkę (również i ja widziałem tę antenatkę jeszcze tam rządzącą, «trzymaj się prosto» były jedynymi słowami, jakie ta dziewięćdziesięciolatka kiedykolwiek do mnie skierowała) - krótko: ponieważ matka wyrosła w domu, w którym pomijając tę żelazną pramatkę były tylko kobiety i mniej-niż-kobiety, a właściwie jedynie mniej-niż-kobiety, bo także córka antenatki, a zatem matki matka, delikatna, wcześnie owdowiała kobieta, natychmiast po zejściu z tego świata jej paralitycznego męża przemieniła się znowu w córkę, żeby nie powiedzieć w dziewicę, tak że posiadała równie niewielki autorytet, co sześć córek (a moich ciotek), którym pod ponurą kontrolą swej matki podarowała życie - krótko: ponieważ matka wyrosła w takim właśnie babskim królestwie, opanowanym przez pramatkę i w otoczeniu matki oraz pięciu sióstr, a do tego naturalnie, bo przecież świat składający się z koszów prania, sonatin, ramek do haftowania, nauczycielek francuskiego, halek, przeróżnych tabu, kapeluszy i klasycznych ilustrowanych wydań Kaulbacha nie mógł funkcjonować sam z siebie niczym jakieś perpetuum mobile, lecz trzeba było do jego utrzymania jeszcze całej gromady innych kobiet, a więc bon i dziewek służebnych i nauczycielek francuskiego i nauczycielek gry na pianinie i szwaczek... ponieważ taki był świat matki; no i ponieważ kamienna pramatka wiedziała też, że tak zamożne żydowskie imperium, a do tego jeszcze bez męskiego przodownictwa, było obiektem codziennej obserwacji, jeśli nie nawet podejrzeń sąsiadów; oraz że, aby uprzedzić niebezpieczeństwo, należało codziennie udowadniać wysoki poziom obyczajowości tego królestwa - nałożyła na każdą ze swych kreatur pewne obowiązki, pracę społeczną w pozłacanym wydaniu poniekąd, z której wywiązywanie się nadzorowała argusowymi oczami i o której jej służba dyskretnie i naturalnie automatycznie informowała całe sąsiedztwo. -

I w ten oto sposób jestem znowu przy matce, albo, jak nazywano ją wówczas w tym żeńskim imperium, przy Klarci. Ponieważ ta (najbardziej z sześciu niekoniecznie genialnych sióstr obrotna) już jako piętnastolatka, zapewne w roku 92 albo 93, a więc na dziesięć lat zanim obdarzyła mnie życiem, wysyłana była do przytułków dla niewidomych, aby tam kobietom i dziewczętom wykluczonym przez niezawiniony przez siebie los z kręgu niemieckiej kultury, podczas gdy te robiły na drutach lub wyplatały kosze, dać jednak możliwość wzięcia w tejże kulturze udziału, czytając tymże biedaczkom Schillera i Körnera i Platena i oczywiście Geibla, wiersze, o których, gdyby nie zostało im skradzione światło ich oczu, nigdy niczego by nie usłyszały - nieważne, swą młodą namiętnością albo namiętnością swej młodości miała Klarcia (Wally, ostatnia ocalała z sześciu sióstr, była z tego dumna jeszcze nawet sześćdziesiąt lat później, i to na emigracji) nie tylko wzruszać regularnie do łez te biedne niewidome kobiety - dyrektorowie zakładów dla ociemniałych byli ponoć całkiem ze sobą zgodni w wychwalaniu sukcesów Klarci - co więcej spotkało ją to szczęście, że w całej przez dziesięciolecia ciągnącej się historii babskiego klanu, za honor, jaki temuż klanowi przynosiła, jako jedyna przyjęła na czole, i to na oczach wszystkich pozostałych mniej-niż-kobiet, pocałunek żelaznej pramatki.




8 lipca - III



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni