Po raz czwarty Brandenburger Strasse 54
A więc było to tam w górze, tam w górze na drugim piętrze musi więc ta scenka gdzieś wisieć, tam wysoko siedzi przy fortepianie ojciec i gra Beethovena, a ja leżę na brzuchu pod dachem instrumentu, wystraszony i zafascynowany i niezdolny by uczynić jakikolwiek ruch, i utożsamiam ojca z tym, który te straszliwe rzeczy zrobił, o ile ktoś je zrobił, bo właściwie zdają się one być ot tak po prostu jak góry, deszcz i las i Riesengebirge, a któż twierdziłby o deszczu i o górach i o lasach i o Riesengebirge, że ktoś je zrobił, któż potrafiłby coś takiego zrobić – nieważne, ten, który miał zrobić to, nazywa się Beethoven, i jeśli istnieje, to musi być on taki sam jak Bóg, lecz Beethovenem musi też być i ojciec, bo to on przecież teraz tę muzykę <robi>, a ja, podczas pewnych muzycznych zmian (o których naturalnie nie mam pojęcia, że są tak zwanymi <muzycznymi zmianami>, co za określenie, są to raczej straszliwe zjawiska naturalne), a więc podczas takich <zjawisk>, których jeszcze sekundę wcześniej bym nie przeczuł, a nawet nie uznał za możliwe, gdy następują, często popadam, choć i tak leżę już na brzuchu, prawie w omdlenie, na przykład (to musiała być Appassionata) kiedy początek grany w f-moll powtarza się nagle poprzez przesunięcie modulacyjne (ale cóż ja wiem o <przesunięciu modulacyjnym>?) w najbardziej przyjazne ges-dur, a może jednak nie jest to żadne powtórzenie?
I tam w górze na drugim piętrze musi wisieć też ona, owa scenka, kiedy on, ojciec, wołał szorstkim głosem (pince-nez na nosie, a mimo to Bóg) «mein Vater, mein Vater!», paniczne wołania o pomoc; «mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an!», to trzeba sobie wyobrazić: ojciec, który przepełniony strachem woła do ojca, jakiegoż to ojca mógł ojciec wywoływać, i kim miałżeby być ów «Erlkönig», który zadał mu <Leids>, nie tylko Leid, lecz aż, z tym dziwacznym końcowym s, <Leids>, co, tak mi się z niepojętych przyczyn wydawało, musiało być nieporównanie większym cierpieniem aniżeli każde inne Leid bez s – trwoga, o której jemu nigdy niczego nie opowiedziałem, o której nigdy nie miałem odwagi rozmawiać, przez długich trzydzieści pięć lat, aż do roku 38, aż do dnia, kiedy naprawdę mu przydano cierpienia, zaprawdę «Leids» z tym złowieszczym s, i kiedy nie było już żadnego ojca, do którego mógłby zawołać o pomoc, dlatego że teraz było już naprawdę za późno – to, co wydarzyło się w miejscu zwanym Durham, którego tam w górze na drugim piętrze, gdzie on, pince-nez na nosie, śpiewa, a ja leżę na brzuchu pod fortepianem, naturalnie nie ma, ale gdzieś musi to miejsce przecież być, bo inaczej ojciec nie mógłby tam umrzeć albo nie będzie mógł tam umrzeć, miejsce to musiało istnieć przynajmniej w tym dniu, w którym było już ostatecznie za późno, żeby opowiedzieć mu coś o królu olch, w dniu, w którym (ponieważ we wspomnianym Durham nie było krematorium) jechałem z szoferem firmy Mortuary, za moimi plecami klekotała trumna, do znajdującego się w pobliskim prowincjonalnym miasteczku Trinity-Hospital, okropnie szybko jechał ten człowiek, «time is money» burczał przez zęby, oczywiście wcale na mnie przy tym nie patrząc, jednakże musieliśmy tam pojechać, ponieważ do owego Trinity-Hospital przylegało prosektorium, zaś do niego elektryczne urządzenie służące do spalania ludzkich szczątków – nie, o królu olch nie opowiedziałem ojcu nigdy, aż do dnia, w którym zawiozłem go do spalenia, i kiedy było już na to za późno; i kiedy ja, podczas gdy wewnątrz odbywała się procedura, czekałem w szpitalnym ogrodzie, i kiedy szofer wreszcie wyszedł po jakimś czasie z budynku (coś czego nie mogłem rozpoznać podskakiwało na jego dłoni) i wreszcie wręczył mi złotą małżeńską obrączkę, której ojciec za życia nie mógł nigdy zdjąć z palca, tę samą obrączkę, którą więcej niż trzydzieści lat wcześniej, gdy grał tam na drugim piętrze Króla Olch, a ja leżałem na brzuchu pod fortepianem, już nosił – i kiedy przy tym szofer powiadomił mnie (przypuszczalnie jako usprawiedliwienie, że musiałem na niego tak długo czekać), że «the job» (przez co, «mein Vater, mein Vater», nie mógł rozumieć nic innego niż przerzynanie i palenie) był «not so easy», a to dlatego, że Trinity Hospital przystosowany jest do palenia jedynie fragmentów zwłok, a nie jak w Auschwitz – nie, tego ten mężczyzna nie mógł powiedzieć, to zaczęło się dopiero cztery lata później – wszystko jedno, i kiedy wraz ze słowami «pogrzebanie jest jednak lepsze» zaproponował mi papierosa i następnie pędząc sto kilometrów na godzinę odwiózł mnie z powrotem do Durham, było już raz na zawsze za późno, aby ojcu coś jeszcze wyjaśnić. I w ten oto sposób – co jest być może całkiem dobre – ojciec nigdy nie dowiedział się, co tam w górze, tam w górze na drugim piętrze, się stało, mam tu na myśli: co stało się ze mną, gdy on (zapewne aby zapoznać mnie z kulturowym skarbem swych ukochanych Niemiec) zaśpiewał mi Króla Olch: że wtedy mianowicie, jako że on sam wołał do ojca, zniszczył moje zaufanie do niego jako do Boga Ojca, i że od tej godziny był on dla mnie już też tylko człowiekiem.
Wydarzyło się to więc w roku 1906 albo 1907, tam wysoko w powietrzu wciąż jeszcze musi wisieć fortepian (<Zierold> jest na nim napisane złotymi literami, zapewne od dawna zapomniana już firma), i przed tymże zieroldem wciąż jeszcze siedzi ojciec, panicznie krzycząc «mein Vater, mein Vater!», a pod zieroldem wciąż jeszcze leżę ja, który stoję tu na dole, oparty o drewnianą ścianę, w miejscu, gdzie kiedyś przed pięćdziesięciu laty stał nasz dom. «Gotowy?» pyta ostrożnie Ch. Na co wsiadam do auta, a ona, jakby w obawie, że przy nazbyt dużej prędkości coś mogłoby ulec uszkodzeniu, powolutku potoczyła auto ku Gräbschenerstrasse.