jesień'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V      

 VI

   VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

9   l i p c a  -    VI


Po raz czwarty Brandenburger Strasse 54

A więc było to tam w górze, tam w górze na drugim piętrze musi więc ta scenka gdzieś wisieć, tam wysoko siedzi przy fortepianie ojciec i gra Beethovena, a ja leżę na brzuchu pod dachem instrumentu, wystraszony i zafascynowany i niezdolny by uczynić jakikolwiek ruch, i utożsamiam ojca z tym, który te straszliwe rzeczy zrobił, o ile ktoś je zrobił, bo właściwie zdają się one być ot tak po prostu jak góry, deszcz i las i Riesengebirge, a któż twierdziłby o deszczu i o górach i o lasach i o Riesengebirge, że ktoś je zrobił, któż potrafiłby coś takiego zrobić – nieważne, ten, który miał zrobić to, nazywa się Beethoven, i jeśli istnieje, to musi być on taki sam jak Bóg, lecz Beethovenem musi też być i ojciec, bo to on przecież teraz tę muzykę <robi>, a ja, podczas pewnych muzycznych zmian (o których naturalnie nie mam pojęcia, że są tak zwanymi <muzycznymi zmianami>, co za określenie, są to raczej straszliwe zjawiska naturalne), a więc podczas takich <zjawisk>, których jeszcze sekundę wcześniej bym nie przeczuł, a nawet nie uznał za możliwe, gdy następują, często popadam, choć i tak leżę już na brzuchu, prawie w omdlenie, na przykład (to musiała być Appassionata) kiedy początek grany w f-moll powtarza się nagle poprzez przesunięcie modulacyjne (ale cóż ja wiem o <przesunięciu modulacyjnym>?) w najbardziej przyjazne ges-dur, a może jednak nie jest to żadne powtórzenie?

  I tam w górze na drugim piętrze musi wisieć też ona, owa scenka, kiedy on, ojciec, wołał szorstkim głosem (pince-nez na nosie, a mimo to Bóg) «mein Vater, mein Vater!», paniczne wołania o pomoc; «mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an!», to trzeba sobie wyobrazić: ojciec, który przepełniony strachem woła do ojca, jakiegoż to ojca mógł ojciec wywoływać, i kim miałżeby być ów
«Erlkönig», który zadał mu <Leids>, nie tylko Leid, lecz aż, z tym dziwacznym końcowym s, <Leids>, co, tak mi się z niepojętych przyczyn wydawało, musiało być nieporównanie większym cierpieniem aniżeli każde inne Leid bez s – trwoga, o której jemu nigdy niczego nie opowiedziałem, o której nigdy nie miałem odwagi rozmawiać, przez długich trzydzieści pięć lat, aż do roku 38, aż do dnia, kiedy naprawdę mu przydano cierpienia, zaprawdę «Leids» z tym złowieszczym s, i kiedy nie było już żadnego ojca, do którego mógłby zawołać o pomoc, dlatego że teraz było już naprawdę za późno – to, co wydarzyło się w miejscu zwanym Durham, którego tam w górze na drugim piętrze, gdzie on, pince-nez na nosie, śpiewa, a ja leżę na brzuchu pod fortepianem, naturalnie nie ma, ale gdzieś musi to miejsce przecież być, bo inaczej ojciec nie mógłby tam umrzeć albo nie będzie mógł tam umrzeć, miejsce to musiało istnieć przynajmniej w tym dniu, w którym było już ostatecznie za późno, żeby opowiedzieć mu coś o królu olch, w dniu, w którym (ponieważ we wspomnianym Durham nie było krematorium) jechałem z szoferem firmy Mortuary, za moimi plecami klekotała trumna, do znajdującego się w pobliskim prowincjonalnym miasteczku Trinity-Hospital, okropnie szybko jechał ten człowiek, «time is money» burczał przez zęby, oczywiście wcale na mnie przy tym nie patrząc, jednakże musieliśmy tam pojechać, ponieważ do owego Trinity-Hospital przylegało prosektorium, zaś do niego elektryczne urządzenie służące do spalania ludzkich szczątków – nie, o królu olch nie opowiedziałem ojcu nigdy, aż do dnia, w którym zawiozłem go do spalenia, i kiedy było już na to za późno; i kiedy ja, podczas gdy wewnątrz odbywała się procedura, czekałem w szpitalnym ogrodzie, i kiedy szofer wreszcie wyszedł po jakimś czasie z budynku (coś czego nie mogłem rozpoznać podskakiwało na jego dłoni) i wreszcie wręczył mi złotą małżeńską obrączkę, której ojciec za życia nie mógł nigdy zdjąć z palca, tę samą obrączkę, którą więcej niż trzydzieści lat wcześniej, gdy grał tam na drugim piętrze Króla Olch, a ja leżałem na brzuchu pod fortepianem, już nosił – i kiedy przy tym szofer powiadomił mnie (przypuszczalnie jako usprawiedliwienie, że musiałem na niego tak długo czekać), że «the job» (przez co, «mein Vater, mein Vater», nie mógł rozumieć nic innego niż przerzynanie i palenie) był «not so easy», a to dlatego, że Trinity Hospital przystosowany jest do palenia jedynie fragmentów zwłok, a nie jak w Auschwitz – nie, tego ten mężczyzna nie mógł powiedzieć, to zaczęło się dopiero cztery lata później – wszystko jedno, i kiedy wraz ze słowami «pogrzebanie jest jednak lepsze» zaproponował mi papierosa i następnie pędząc sto kilometrów na godzinę odwiózł mnie z powrotem do Durham, było już raz na zawsze za późno, aby ojcu coś jeszcze wyjaśnić. I w ten oto sposób – co jest być może całkiem dobre – ojciec nigdy nie dowiedział się, co tam w górze, tam w górze na drugim piętrze, się stało, mam tu na myśli: co stało się ze mną, gdy on (zapewne aby zapoznać mnie z kulturowym skarbem swych ukochanych Niemiec) zaśpiewał mi Króla Olch: że wtedy mianowicie, jako że on sam wołał do ojca, zniszczył moje zaufanie do niego jako do Boga Ojca, i że od tej godziny był on dla mnie już też tylko człowiekiem.

  Wydarzyło się to więc w roku 1906 albo 1907, tam wysoko w powietrzu wciąż jeszcze musi wisieć fortepian (<Zierold> jest na nim napisane złotymi literami, zapewne od dawna zapomniana już firma), i przed tymże zieroldem wciąż jeszcze siedzi ojciec, panicznie krzycząc «mein Vater, mein Vater!», a pod zieroldem wciąż jeszcze leżę ja, który stoję tu na dole, oparty o drewnianą ścianę, w miejscu, gdzie kiedyś przed pięćdziesięciu laty stał nasz dom. «Gotowy?» pyta ostrożnie Ch. Na co wsiadam do auta, a ona, jakby w obawie, że przy nazbyt dużej prędkości coś mogłoby ulec uszkodzeniu, powolutku potoczyła auto ku Gräbschenerstrasse.


moritz von schwind (1804-1871), erlkönig


Dopisek, Wiedeń

Powody tego, że jedno jeszcze stoi, podczas gdy inne zniknęło, bywają niekiedy bardzo osobliwe. I tak na przykład – cytuję znowu z książki generałów von Ahlfena i Niehoffa, dwóch komendantów Breslau - «Kompleksy budynków, które chciano oddać wrogowi, aby wzmóc jego przyszłe zagrożenie» pozostawiono nietknięte, natomiast – jak tu wierzyć własnym oczom - «mury tych ruin, których zamierzano bronić, wysadzono w powietrze». Innymi słowy: jedno dlatego jeszcze stoi, że z niego zrezygnowano; inne zaś zniknęło dlatego, że chciano je rzekomo zachować. Popełniono niejako samobójstwo w celu uratowania. I to w czasie, gdy wypowiadanie słowa <ratunek> całkowicie utraciło już swój sens.

  Że Hohenzollern-, Brandenburger- i Höfchenstrasse padły ofiarą Rosjan, stoi więc pod wielkim znakiem zapytania. Jeżeli twierdzi się, że naziści sami zniszczyli Breslau, to twierdzenie to jest prawdziwe nie tylko dlatego, że ponoszą oni polityczno-moralną winę za jego zagładę, lecz również dlatego, że sami efektywnie przeprowadzili wielką część fizycznego spustoszenia. «Poprzez to,» - znowu cytuję, a za spustoszony język odpowiadam w podobnie niewielkim stopniu co za spustoszone miasto - «że celowo te szczególnie nadające się do obrony budowle, w szczególności... budynki narożne samemu spalono i następnie wysadzono w powietrze zewnętrzne i wewnętrzne mury, w których dobrze zamaskowanych piwnicach pożądliwie czyhały teraz na atakującego wroga nasze karabiny maszynowe i pancerfausty».

  Nawet były komendant zdaje się przeczuwać, że owa taktyka może zostać zrozumiana jako «wyraz niepotrzebnego niszczycielskiego szału», ale byłoby to, tak uważa, nieporozumieniem. Naprawdę te samobójcze przedsięwzięcia miałyby raczej być «niezbędnymi warunkami skutecznej i zapobiegającej nadmiernemu rozlewowi krwi obronnej walki» - pomyślmy: słów «niezbędny» i «skuteczny», które odnoszą się do zupełnie bezsensownych walk w połowie miesiąca marca roku 1945, kiedy to pod bramami miasta stała już od sześciu tygodni sowiecka armia, tych słów używa on w roku 1960, żeby jeszcze piętnaście lat po tamtych wydarzeniach wmówić nam możliwość ówczesnych sukcesów. I prawdopodobnie ma on w tym nawet rację. Wprawdzie nie dlatego, że jeszcze istniały wtedy jakieś szanse na sukces, ale dlatego wszak, że takie ówczesne szanse mogą zostać jeszcze i dzisiaj czytelnikom wmówione. I nawet on sam zdaje się ulegać swojemu własnemu bezsensowi. «Patrząc wstecz», tak twierdzi, «ważna jest krytyka, która powodzenie w samą porę tej wielkiej części przedsięwzięcia przeciwstawia niepowodzeniu jedynie jego małej części» - co może oznaczać tylko to, że ostatecznie triumf niemieckich sił zbrojnych nie mógł jednak zostać powstrzymany. Człowiek chwyta się za głowę. Niechybnie także pustynia w Breslau dowodzi, że pozostaliśmy «niezwyciężeni na polu walki».




9 lipca - VII



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni