jesień'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III    

 IV

   V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

10  l i p c a  -    IV



Profesor

Profesor D. opowiada mi o problemach, jakich nasza socjologia nie zna choćby ze słyszenia: mianowicie o tym, że osiedleńcy 1945 byli ‹pierwszymi ludźmi›. -

Co chce przez to powiedzieć? -

Że inaczej niż imigranci zazwyczaj, nie mieliby oni wejść na obszar, który był już zasiedlony, nie mieliby też dołączyć do grup, z którymi mogliby się asymilować; że raczej niczym pionierzy mieli być wtrącani w próżnie, w próżnie, które oczywiście nie były całkiem puste, lecz mniej lub bardziej okraszone nadającymi się do użytku resztkami miast i wsi swoich poprzedników. Dotyczy to przynajmniej tych obszarów, na które nie przybywały zwarte grupy etniczne, lecz takie zwarte grupy imigracyjne miałyby być rzadkimi wyjątkami. Wrocław na przykład miałby składać się z Polaków najprzeróżniejszego pochodzenia. Imigranci pierwszego pokolenia byliby ‹ludźmi bez historii›; albo poprawniej: na jakiś czas mieliby stać się ‹pierwszymi ludźmi>, ‹ludźmi bez historii>, bo przecież resztek historii, które byli mieli ze sobą przywieźć, wspomnień, obyczajów etc., nie mogli ani dzielić ze swymi współosiedleńcami, ani też pogodzić z nowymi miejscami zamieszkania. W międzyczasie mieliby oni wszyscy oczywiście zapuścić korzenie, przez co istniałyby już tysiące rodowitych wrocławian. -

Pytam: «Czy poprzez to, że nikt nie jest tym, który nie przybył skądinąd, zażegnane zostało niebezpieczeństwo, że przybycie skądinąd dyskredytuje? Czy może już istnieje coś w rodzaju dumy Mayflower? Wyniosłość byłych mieszkańców wielkich miast wobec przybyszów z anonimowych wsi?» - [przyp. tłum. Aluzja do pierwszych europejskich osadników, którzy w 620 roku przybyli na statku "Mayflower" do wybrzeży Ameryki Północnej (okolice dzisiejszego Provincetown)]

W tym nie byłby on ekspertem, odpowiada nieco krótko. Mam uczucie, że dla niego, który sam jest lokalnopatriotycznym i nie nieeleganckim Lwowiakiem, ostatnie pytanie nie za bardzo było w smak. Oczywiście, dodaje po pewnej chwili uspokajająco – ale ogranicza się do bardzo ogólnej informacji – wszystkie te problemy byłyby metodycznie badane; a nawet miałyby istnieć całkiem nowoczesne zespoły socjologów, które nie zajmowałyby się niczym innym niż problemami ‹pierwszego pokolenia›. -

Zanim wyruszamy, pokazuje mi dwa teksty. Po pierwsze: wyrok Zachodnioniemieckiego Sądu Federalnego z 22 września 1955, zanotowałem sobie numer akt: g.H. 4 St R 269/54. - «Miasto Breslau», czytamy tam, «należy jeszcze dzisiaj do Niemieckiej Rzeszy, dla której granic decydujący jest stan z 31 grudnia 1937 ... W tym obwodzie stosowanie niemieckiej jurysdykcji wciąż jeszcze jest przeszkodzone, ale nie ostatecznie usunięte.»

O jakim to właściwie mieście mówią sędziowie Sądu Federalnego?

Bo to, o którym mówią, zostało (według ich słownictwa) «usunięte» - tylko oczywiście nie przez tych, o których mówi cytowany wyrok, lecz przez tych Niemców, którzy byli za upadek Breslau odpowiedzialni i współodpowiedzialni.

Co zaś się tyczy niemieckiej jurysdykcji, to akurat pasuje to tutaj jak ulał: ta bowiem została stąd «usunięta» już o wiele wcześniej, w owym dniu w roku 1933 mianowicie, w którym do władzy dorwali się narodowi socjaliści.

Na jakiej podstawie «usunięta» przez Niemców niemiecka jurysdykcja w «usuniętym» przez Niemców mieście wciąż jeszcze miałaby obowiązywać, tego przy najlepszych chęciach nie da się pojąć. -

Jeśli tam, gdzie niegdyś wznosiło się niemieckie miasto Breslau, miasto, w którym niegdyś obowiązywała niemiecka jurysdykcja – i także mnie jest żal tego Breslau - jeśli dzisiaj nie zieje tam pustką, jeśli raczej w tym miejscu przestrzeni wznosi się miasto i jeśli w tym mieście głoszone jest prawo, to wyłącznie dlatego, że zostało tam - lecz przecie nie przez tych, którzy poprzednie miasto «usunęli» - wybudowane nowe miasto, miasto, któremu nadanie z powodu jego nowości nowej nazwy jak najbardziej jego budowniczym przysługiwało. Nacjonalistyczne twierdzenie, że w tym mieście miałoby być «die Ausübung der deutschen Gerichtsbarkeit gehindert», jest (pomijając, że takie twierdzenie jest policzkiem dla niemieckiego języka, jedynie poprawny niemiecki to «verhindert werde») po prostu bezsensowne. Bo to miasto wcale nie jest żadnym Breslau. Ponieważ ci, którzy są winni albo współwinni upadku Breslau lub nie mogą owego przez swoich zawinionego upadku przeboleć, najwidoczniej wciąż życzą sobie Breslau, w którym mogliby «ungehinderte Gerichtsbarkeit ausüben», można im dać tylko tę radę, żeby sobie taki Breslau gdzieś indziej wybudowali. Ale prawo do tego tutaj miasta, które pomimo Hali Stulecia tam na dole i pomimo Ratusza wczoraj w nocy nie jest Breslau lecz Wrocławiem, to prawo przegrali.

Drugą rzeczą, którą pokazuje mi profesor D., jest pochodząca z Republiki Federalnej Niemiec gazeta, której istnienie nie było mi wiadome. Zwie się ona «Pommersche Zeitung», ten egzemplarz jest sprzed trzech kwartałów, nosi datę 6 listopada 1965. «Polacy», tak czytam, to miejsce jest podkreślone, «nawet nie wygrali przeciw nam wojny. Warszawa w ostatnich miesiącach wojny nawet nie potrafiła się samodzielnie wyzwolić. Skąd więc te wielkie żądania wobec Niemiec?»

Tak samo milcząco, jak mi ją podał, oddaję mu gazetę. Co można o tych Niemczech powiedzieć?

Dopóki były zwycięską siłą, brutalnie twierdziły, iż fakt ich siły dowodzi eo ipso, że mieliby do tej siły prawo, nie, że siła byłaby prawem. I vice versa: fakt bezsiły dowodzi eo ipso, że bezsilni nie mieliby prawa do siły, nie, że zasadniczo byliby bez racji.

Jeżeli Niemcy, które przemawiają z tej gazety, przykładałyby wartość do konsekwentności, wtedy po doznanej klęsce musiałyby argumentować, iż fakt ich własnego rozpadu oraz ich własnej bezsilności dowodzi teraz, że nie mieli racji, a zatem prawa do siły. Nic podobnego. Użycie tego argumentu wobec siebie samych, tym Niemcom nie przychodzi do głowy. Raczej uznają one, że ich wczorajsze ofiary: ci powaleni przez nich na ziemię i splugawieni i okaleczeni, poprzez fakt, że po tych poniżeniach stali się niezdolni do podźwignięcia się o własnych siłach, dostarczyli dowodu na to, iż przegrali swoje prawo do jakichkolwiek roszczeń. Wciąż jeszcze – tylko tam oczywiście, gdzie chodzi o innych – ważny jest dla «Pommersche Zeitung» stary model myślenia: im bardziej ktoś jest poturbowany, tym mniej może żądać. I: słabość, nawet słabość spowodowana moimi ciosami, dowodzi braku racji – osłabionych.

«Rozumie pan», pyta profesor, «że przezwyciężenie resztek nieufności nie przychodzi nam zbyt łatwo?»


A jednak w domu

W drodze powrotnej zbłądziliśmy. Nie wiem, jak mogło do tego dojść. W każdym razie nagle byliśmy w dzielnicy miasta, która wprawdzie najwyraźniej przetrwała z dawnych czasów, kilka ponurych ulic było zupełnie nienaruszonych, której jednak nigdy wcześniej nie widziałem. Cóż za premiera! Przybyć tu po pięćdziesięciu latach, aby skompletować mą znajomość Breslau.

Ponieważ lało, nie można było nawet rozpoznać, gdzie znajdowało się słońce, i tak jeździliśmy dłuższy czas w różnych kierunkach.

Przypuszczam, że byliśmy w Nikolaivorstadt, którego istnienie nie było mi co prawda nieznane (ponieważ najbiedniejsi z mojej klasy byli tam w domu), którego jednak (zapewne właśnie dlatego, że był to rejon proletariacki) nigdy nie widziałem. Muszę kogoś zapytać, czy ta mityczna dzielnica biedoty jeszcze istnieje. -

Nagle dość blisko wyłoniła się wieża kościoła św. Elżbiety. Gdy, biorąc na nią namiar, opuściliśmy nietkniętą nieznaną okolicę, następnie przejechaliśmy przez obszar gruzowiska, które kiedyś musiało być Gustav-Freitag-Gegend, i w końcu dotarliśmy do rynku, zawołałem «uratowani!». -

Kiedy do Breslau przybyliśmy, doprawdy nie miałem uczucia, że przybyłem do domu. Lecz teraz, po tym jak rzuciło mnie w tak nieznaną część miasta, teraz wewnątrz Breslau jednak do domu dotarłem.





10 lipca - V



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni