jesień'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV     

 V

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

11  l i p c a  -     V




Ale gdzie teraz jesteśmy, jest mi w tej chwili już zupełnie obojętne, co się liczy, to to jedynie, że posuwamy się do przodu, i zbliżamy do granicy. Deszcz uderzający z łoskotem w przednią szybę informuje, że wznosimy się na wysokość przełęczy, czujemy to jedynie po kącie nachylenia, lecz nie możemy zobaczyć, podobnie jak tego, czy las, który, przesłonięty strzępami mgły, wspina się po prawej do góry, składa się ze świerków, jodeł czy sosen, równie dobrze mógłby on być listopadowym lasem gdzieś w Karpatach lub Tyrolu; co wcale nie przeszkadza mi dokładnie wiedzieć, gdzie się akurat znajdujemy, przez który to las wznosimy się w górę, że jest to mianowicie tak zwana <Weißbachtal> Oberschreiberhau, a co najmniej dolina, która kiedyś tak była nazywana; a zatem że to, co tam z dołu grzmi w górę (zobaczyć tego, co w mam w pamięci jako spienione, w ogóle się nie da) także jest cząstką mnie, mianowicie potok, przy którym zwykłem był spędzać godziny, balansując od kamienia do kamienia, tak żeby się przy tym nie zmoczyć, podczas gdy biegająca przy brzegu w górę i w dół, okropnie bojąca się wody Else (ta Else, która właśnie stąd pochodziła, przynajmniej z Mittelschreiberhau, i która, jak już wspomniano, kilka dziesięcioleci później w rezultacie Boskiego trudnego a Churchillowego łatwego do zbadania dopustu spłonęła jako pochodnia w Dreźnie nad brzegiem Łaby – nie trzeba jej było w roku 1925 dać się skusić do poślubienia w Dreźnie pewnego stolarza) – a więc podczas gdy ta wtedy jeszcze zaledwie dziewiętnastoletnia i jeszcze totalnie niespalona Else, wyrzucając rozpaczliwie w górę ramiona, biegała przy brzegu w tę i z powrotem i, przedrzeźniana przez drwali i wyśmiewana przeze mnie, i naturalnie zupełnie bez skutku, mnie wciąż od nowa przywoływała, lecz cóż tej biednej dziewczynie innego pozostawało, skoro «łaskawa pani», jak nazywała moją wówczas może dwudziestosześcioletnią matkę, wtłukła jej do głowy, iż «natura» (cokolwiek by to było, bo jako wyrosła wśród natury wiejska dziewczyna, Else naturalnie o naturze nigdy niczego nie słyszała ), że natura składa się bez żadnego wyjątku z samych niebezpiecznych obiektów, ze zmurszałych pni, rwących rzek, zardzewiałych drutów, niedojrzałych śliwek, żmij, śliskich korzeni, bodących krów, jeżynowych krzewów, trujących grzybów, fałszywych jagód i zwodniczo głębokich strumieni, oraz że te złośliwe i zwodnicze obiekty, do których z całą pewnością należała spieniona i lodowata woda Białego Potoku, upatrzyły sobie przede wszystkim nas troje dzieci, lecz przede wszystkim, zaprawdę żaden to dziw, mnie, ponieważ (Bóg wie po co, przypuszczalnie wierzyła, że dla ludzkości) musiałem zostać zachowany. Z powodu jakiego szaleństwa albo manii wielkości matka widziała we mnie Goethego lub Beethovena (poniżej tej klasy nie godziła się na nic), geniusza, którego ona i Else musiałyby ochraniać przed niebezpieczeństwem i zazdrością świata, natomiast tego, co ta biedna wiejska dziewczyna mogła sobie wyobrażać, gdy matka podchodziła do niej z tak wygórowanymi frazesami, tego nie potrafię już sobie, po sześćdziesięciu latach, odmalować, ale też i nie chcę, teraz mnie to już wcale nie interesuje, wystarczy, gdy potwierdzę, że im się owo zachowanie mnie faktycznie udało, bo przecież rzeczywiście jestem, i to nawet jeszcze dzisiaj, tutaj – cui bono, to już inne pytanie; ponadto jestem zadowolony, że nic z tego, co mogłoby wywołać we mnie jeszcze dalsze wspomnienia, nie da się przy tej niepogodzie ujrzeć, i bogudzięki deszcz coraz silniej bębni w nasz dach, coraz ciemniejsze stają się wyobrażenia, rozbębniane są wspomnienia, i tak mi to też pasuje. Do świadomości znowu dochodzę dopiero w tym momencie, gdy nagle coś się rozświetla: światło szlabanu, światło, które dowodzi, iż granica minionego teraz naprawdę została osiągnięta i natychmiast znajdzie się za mną. Kiedy pokazuję swój paszport, urzędnik przyjaźnie puszcza do mnie oko i upomina mnie, bym jutro w każdym razie uraczył się butelką dobrego czerwonego wina – co rozumiem dopiero w chwili, gdy swym pisakiem zwraca mą uwagę na datę, na to, że od mych urodzin dzielą mnie wszak jeszcze tylko trzy godziny. Te w najbardziej błędnym, ale też w najbardziej serdecznym niemieckim wyrażone urodzinowe życzenia są jedynymi słowami, które usłyszałem z jego ust, za co chciałbym mu tutaj wyraźnie podziękować. Być może miałby on też ochotę dowiedzieć się, iż owo wydarzenie, którego mi gratulował, owo wydarzenie, które kiedyś miało miejsce na czwartym piętrze budynku przy Höfchenstrasse 101, dzięki kompetencji matki oraz mojej osiągnęło swój dobry koniec w przeciągu półtorej godziny. Wszystko jedno, swymi wspaniale błędnymi, lecz najserdeczniejszymi życzeniami ów graniczny strażnik wypuścił nas z zaświatów byłego w świat dzisiejszy, na czeską stronę, na której, na co on oczywiście nie mógł nic poradzić, było tak samo mrocznie i łoskotało tak samo głośno jak w zaświatach; i na której po półgodzinie pobłądziliśmy tak beznadziejnie, jak w królestwie byłego nie zbłądziliśmy choćby nawet jeden raz.





koniec



besuch im hades © c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni