lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V      

 VI

   VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -    VI

Drzewo na dachu

Osobliwa wieża, otoczona nowym budownictwem, zdaje się zabiegać o miano centralnego punktu jakiegoś placu. Budowla ta jawi mi się wprawdzie jako coś znajomego, ale nie potrafię jej zidentyfikować. Jest czteropiętrowa, w ścianach trzech dolnych kondygnacji wybite są po trzy smukłe romańskie okienne otwory, najwyższe piętro wygląda jak jeden wielki mostowy łuk. Na dachu krzaki, jeśli nie nawet małe drzewa.

Dopiero po zerknięciu na plan miasta staje się dla mnie jasne, gdzie się znajduję: przed ostatnim, przypadkowo ocalałym, szczątkiem, zupełnie wówczas jak przypuszczam prowincjonalnego i z pewnością jako budowla miernego, <Museum der Bildenden Künste>.

Ale szczątek ten, poniekąd z zemsty za zagładę całości, stał się teraz piękniejszy niż owa całość w jakimkolwiek okresie; z pewnością też piękniejszy od wszystkiego, co kiedykolwiek wisiało w jego wnętrzu; być może nawet prawdziwszy: albowiem aby stać się prawdziwą ruiną, budowla wcale nie musi być prawdziwą za swego żywota. –

Ale obojętnie czy prowincjonalny albo nie, czy też mierny albo nie, dla mnie muzeum to, kiedy, dziesięcioletni, przechadzałem się po jego salach, było Akropolem i Luwrem zarazem. To było tam, w sali antycznej, gdzie po raz pierwszy zrodziła się z egejskiej piany Wenus, wybrakowany gips był dla mnie marmurem, marmur mięsem, a mięso boskim.

I to było tam, gdzie po raz pierwszy ujrzałem malarstwo. Niechby i wiszące tam na drugim piętrze obrazy uznawane były za trzeciorzędne albo szkolne albo za kopie, ja nauczyłem się z nich, co to są portrety i pejzaże, no bo jak można by inaczej wyjaśnić, że rysunki, które wykonywałem jako chłopiec - a rysowałem wszak w każdej wolnej chwili – wyglądały zawsze jak uczniowskie kopie według Halsa, albo Rembrandta albo Ostade’a albo Goyena albo Cuypa?


Museum der Bildenden Künste

museum der bildenden künste



Zaprawdę, tam na górze, w tej wieży (albo może z jej prawej lub lewej strony, tam gdzie teraz nie ma nic, bo jakże tu dziś rozpoznać czy to, co zachowało się tu jako wieża było środkową częścią muzeum czy może jego prawym lub lewym skrzydłem?), tam na górze po raz pierwszy otworzyło się przede mną królestwo sztuki; tam na górze zaczęło się dla mnie życie, które bez obrazów i rzeźb byłoby nie do pomyślenia; i także dzisiaj moje życie wciąż jeszcze jest pełne obrazów i rzeźb. Z wdzięcznością przesyłam w tamtym kierunku pozdrowienie, to spustoszone miejsce z drzewem na dachu jest jednym z moich najważniejszych nauczycieli.


  Minutę później jadę wzdłuż Schweidnitzerstadtgraben i czegoś mi brak. Nie od razu wiem, czego, okolica zdaje się być kompletna, zwłaszcza ze względu na publiczny, bardzo wielki i masywny budynek Policji. Ciężko jest skonstatować nieistniejące. Dopiero teraz, znowu dzięki planowi miasta, rozpoznaję, że naprzeciw fałszywego zamku Landgericht, który jeszcze stoi, brakuje tak samo totalnie fałszywej romańskiej kopułowej budowli synagogi. Dlaczego synagoga ta zwana była <Neue Synagoge>, nie wiem, kiedyś tam na pewno była nowa, ale za moich czasów była ona, tak myślę, całkiem już godna szacunku.

Teraz w każdym razie, o ile można o niej jeszcze w ogóle mówić, osiągnęła wiek wyobrażalnie najwyższy, jest ona teraz bowiem tak stara, że jej brak został zapomniany, nie, zapomniane zostało nawet zapomnienie jej braku. Wśród tych, którzy dzisiaj żyją we Wrocławiu, nie ma już pewnie nikogo, kto widział resztki synagogi w Breslau, należy bowiem przyjąć, że naziści zniszczyli tę budowlę o wiele lat wcześniej, zanim zniszczyli Breslau.

Czyż nikt nie potrafi zrozumieć, że tam, gdzie zabija się nas Żydów, wyzwala się zło? Że, kto nie wzdraga się spalać nas, nie będzie się w końcu wzdragał spalić też wszystkich innych? Ogień, który strawił w 1945 roku Breslau, podłożony został w roku 1938: w Noc Kryształową.



Dopisek, jesień, Wiedeń

Na wojskowej <Lagekarte 5> z 22 lutego do 7 marca 1945, która załączona jest do wydanej w roku 1960 książki <So kämpfte Breslau>, i na której Kaiserstrasse zaznaczona jest już jako pas lotniskowy, odkrywam – nie wierzę własnym oczom - ową od dziesiątków już lat nie istniejącą synagogę, figuruje ona tam nawet, tak jakby nic się jeszcze wtedy z nią nie stało, pod jej starą nazwą ‹Neue Synagoge›. –

Jeśli pomyśleć, co w roku 45 od dawna już z nią uczyniono, i nie tylko z nią, lecz z wszystkimi synagogami, a także z tymi, którzy nie tylko w tej, lecz we wszystkich synagogach zwykli byli się zbierać, wtedy brak pojęcia i respektu tych, którzy synagogę tę nanieśli na mapę w roku 45 oraz tych, którzy przejęli ten wpis w roku 1960, budzi zgrozę.

Mało tego, że ludzi i ich świątynie potraktowali jak powietrze i je zniszczyli – nawet sam fakt, że zniszczyli ludzi i ich świątynie stał się już dla nich powietrzem.



W hotelu

Pokojówka opowiada mi właśnie, tonem, jakby mówiła o miejscowej ciekawostce, że na Grabiszyńskiej, przy numerze 330, mówi, znajdują się dwa zbiorowe groby, i że leżą w nich polscy żołnierze, którzy zginęli w kwietniu 45 podczas ulicznych walk. Teraz wydaje mi się, że przypominam sobie, iż widziałem tam coś jakby pomnik, ale pojechałem wtedy dalej. Bo i po cóż się zatrzymywać? Przecież nie ma tu niczego, co nie wskazywałoby na zabitych. Całe Breslau jest masowym grobem. Masowym grobem polskich żołnierzy? Masowym grobem w jeszcze większym masowym grobie!

Nie mówię tego z braku respektu! Co najwyżej z braku respektu wobec własnego bólu, ten nie jest bowiem zdolny otworzyć się na podobne szufladkowania. Później jednakże uchylam kapelusza. Niemniej, w świadomości, że czynię to nadaremnie, że wszystkich tych zabitych i ich umierania już nie potrafię sobie wyobrazić pojedyńczo.



W hotelu

Po obiedzie. Ona natychmiast zasnęła. –

Gdybym tylko mógł przeczuć, cóż to za ssanie ściągnęło mnie tutaj z powrotem. Nostalgia? Żaden obraz z Breslau, żadna wieża, żaden dziecinny pokój nie zbłądziły w ciągu mojej pięćdziesięcioletniej nieobecności ani choćby nawet jeden raz w moje sny. Żaden z brzęczących tam w dole tramwajów nigdy nie stał się Streetcar named Desire. I od wczorajszego wieczora ani razu nie poczułem pragnienia, by tu pozostać. Na wskroś absurdalna jest ta myśl. A zatem co? Byłbym więc, jak to się mówi, «na polowaniu na samego siebie»? Śmieszne. Sobą samym nie interesowałem się już od dziesięcioleci. Przeciwnie, wszystkich, którzy używają swego życia do grzebania w prochach własnych przeszłości, lub którzy przy pomocy innych ludzi próbują uchwycić za ostatni rożek wilgotną pieluchę embrionalnego bytu, uważałem zawsze za śmiesznych. Nawet nie rozumiem, o co im właściwie chodzi. –

A jednak mimo wszystko nie podlega dyskusji, że mój przyjazd tutaj był rozsądny, a przynajmniej, że te zaświaty dobrze mi robią, jak uzdrowisko, być może nawet byłoby rozsądnie, gdybym już wcześniej zdecydował się udać w tę wypoczynkową podróż. No więc co? Anteusz? Jeszcze bardziej śmieszne. Ten był dla mnie zawsze podejrzanym typem. Przypuszczenie, że tylko poprzez sam kontakt z ziemią, nawet jak został znokautowany, nabierał nowych sił, nie jest niczym innym niż anty-miejskim mitem. Ja w każdym razie stałem zawsze po stronie Heraklesa, ponieważ udało mu się tego krwisto-ziemnego typa tak długo utrzymać w powietrzu, aż ten stracił dech. –

I ja miałbym być z anteuszowego gatunku? Czerpać siłę z ‹początku›? Już samo pojęcie ‹początek› doprowadza mnie do szaleństwa. Ja czerpałem siłę z obczyzny. I zawsze z faktu, że ‹unosiłem się wolny›. Co zanotowałem już przed dziesiątkami lat, kiedyś tam w czasie emigracji:

       Was uns in Fahrt bringt, macht uns erfahren,
       was uns ins Weite stößt, uns weit.
       Nun danken wir alles den fahrenden Jahren,
       und nichts der Kinderzeit -


do dzisiaj nie straciło to ważności. Niech sobie inni łamią głowy.

  Ona śpi twardo. Wymykam się ukradkiem do domu.




7 lipca - VII



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni