lato'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX     

 X


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

9   l i p c a  -    X



Czytelnia

Znowu w czytelni przy Tauentzienplatz.

  Dowiaduję się z ‹Les Americains au Vietnam› (‹Les Temps Modernes› No. 236), że bracia Diem Ngo zasady terrorystycznego reżymu, który stosowali wobec zubożałej społeczności wiejskiej w oddalonych od stolicy prowincjach, nazwali ‹personalizmem›, że przy pomocy tego filozoficznego terminu zamierzali zdyskredytować socjalistów i komunistów jako barbarzyńskich i plebejskich, że spotkali się z dobrym zrozumieniem tej filozofii przez zamożniejszych obszarników i co większych kupców, i pod sztandarem tego pojęcia mogli wyrżnąć tysiące ludzi.

  Mój ojcze, mój ojcze! Ach, ojcze, gdybyś to przeczuwał! Gdybyś, kiedy utworzyłeś pojęcie ‹personalizm›, był to przeczuwał!

  Musiało to być w 1913 albo 1914. -

Przypominam sobie bowiem bardzo dokładnie, jak podczas jednego z naszych spacerów tutaj wzdłuż Stadtgraben opowiadałeś – a ja czułem się bardzo wyróżniony, bo potraktowałeś mnie jak swego rówieśnika albo zaufanego – że przed wieloma laty pojechałeś do Eulengebirge, aby napisać tam pierwszy szkic do twojej ‹filozofii›, której pierwszy gruby tom został właśnie wydany, i że, powołując się na Kanta, wymyśliłeś też dla niej nazwę, mianowicie ‹personalizm›.

  Twoja filozofia została wprawdzie zapomniana, ojcze, lecz nic mniej niż nazwa twojej filozofii. Dobrze, że nie dowiedziałeś się, kiedy i gdzie i przez kogo i po co i przeciw komu to twoje pojęcie zostało wykorzystane.

Wędrówka tego słowa nie jest zagadkowa. Jej etapy dają się wręcz punkt po punkcie prześledzić: najpierw określenie to przeniknęło do filozofii Schelera – Scheler sam powiedział mi w Kolonii o przejęciu tego terminu – tym samym stał się on składową częścią neokatolickiej filozofii. -

Od Schelera przejął go następnie Mounier, i także to jest prawdą, Mounier bowiem opowiedział mi o tym wiosną 1933, krótko po mojej udanej ucieczce, na Boul-Mich (przyp. tłum. Boulvard St. Michele). Mounier rzeczywiście nazywał siebie ‹personalistą›, określeniu temu nadał jednak znaczenie, jakie nie śniło się nie tylko memu ojcu, lecz nawet Schelerowi. Jednakże poprzez niego, który jeszcze działał optima fide, określenie to otrzymało swą światową szansę, a co najmniej szansę osiągnięcia popularności w granicach ogromnego wówczas francuskiego światowego imperium. Katolickie czasopismo Mouniera ‹Esprit› było nadzwyczaj szeroko rozpowszechnione, nie: zostało nadzwyczaj szeroko rozpowszechnione, a to dlatego, że zajmowało się palącymi pytaniami natury socjalnej, a mimo to – co było wtedy jeszcze czymś zupełnie niezwyczajnym – pozostawało świadomie katolickie; ponieważ zatem docierało ono do tych, przede wszystkim intelektualistów, którzy w zasadzie już byli podatni na treści rewolucyjne i dojrzali do marksizmu, których jednakże utrzymywało ono dzięki niemarksistowskim, lub wręcz antymarksistowskim rozwiązaniom na linii. I była to naturalnie szansa, której oficjalnie chwycono się obydwoma rękami, tak więc przy pomocy ‹personalizmu› miano nadzieję wychwycić wirtualnych przeciwników. -

Funkcję tę pełniło ‹Esprit› naturalnie także we francuskich Indochinach, a pośród tych, którzy akceptowali filozofię Mouniera, a przynajmniej jego terminologię, była również sławetna rodzina Diem. W ten sposób mogło więc w końcu dojść do tego, że pod sztandarem wymyślonego przez ciebie w Eulengebirge pojęcia wyrżniętych zostało w Wietnamie tysiące chłopów. Mój ojcze, mój ojcze! Gdybyś przeczuwał!


Noc w hotelu

Zgubiłem scyzoryk. Po tym jak od prawie trzydziestu lat nosiłem tę rzecz codziennie przy sobie, w kieszeni spodni wysoce irytujące uczucie amputacji. -

  Kiedy ojciec umarł w roku 1938 w Durham, znalazłem ten nożyk na jego biurku. I jeśli wtedy, tajemnie i z poczuciem dokonywania kradzieży, zabrałem go ze sobą, to nie tylko dlatego, że pragnąłem nosić przy sobie przynajmniej jedną jego rzecz – mogłem też przecież wziąć jego kieszonkowy zegarek; i nie tylko dlatego, że był go jeszcze nazywał swym ‹kozikiem›, i, zawsze gdy na jego ustach pojawiało się to wzruszające, kojarzące się ze struganiem dudek, słowo, w moich oczach stawał się nagle szarmanckim współczesnym Lessinga czy Kanta; lecz przede wszystkim dlatego, ponieważ przedmiot ów, jak dowodził napis wygrawerowany na ostrzu, był moim ziomkiem: mianowicie, tak jak ja, światło tego świata ujrzał on w Breslau. Był to jedyny kawałek Breslau jaki posiadałem. Po śmierci ojca pojechał on ze mną z Durham do Nowego Jorku. Stamtąd na lata do Kaliforni. Stamtąd z powrotem do Europy. Stamtąd poprzez Biegun Północny do Japonii. Stamtąd przez Indie do Wiednia. Stamtąd do Meksyku. I był on też ze mną całkiem na pewno jeszcze wczoraj, wydaje mi się nawet, że jeszcze przed momentem. Przebadałem kieszenie spodni. Żadnej dziury. Przewaliłem nasze walizki i podróżne torby. Nic. -

Gdybym wierzył w zabobony, twierdziłbym, że ta rzecz chce tutaj pozostać. A gdybym był psychoanalitykiem, pewnie podejrzewałbym siebie o to, że bezwiednie acz tego chcąc, gdzieś ją wyrzuciłem: po to mianowicie, aby przez tę ofiarę wykupić sobie pewność, że ja sam – co zaprawdę nie jest jeszcze przesądzone – cało wydostanę się z tego hadesu.





10 lipca - I



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni