Na dworcu
Inaczej niż wtedy. Wtedy był on, zdaje mi się, kieszonkowym wydaniem dworca głównego, a więc małym rycerskim zamkiem z przylegającymi doń torami. Dzisiaj nowoczesna budowla użytkowa. -
Gdzie oczekuję ujrzeć bufet, a więc tam gdzie szalała horda menadycznych cecylii, tam znajdują się teraz, zupełnie niewinnie, bez choćby najmniejszego pojęcia o tym, co się tu kiedyś działo, kasy biletowe.
Rzecz jasna nie dla mnie. Dla mnie wojna ta ma jeszcze i dzisiaj dopiero kilka dni, jeszcze i dzisiaj jest tak niewiarygodnie młoda, że jeszcze nie nosi nawet miana ‹wojny światowej›, a cóż dopiero ‹pierwszej wojny światowej›. Dla mnie jeszcze teraz szaleją tam cecylie. Jeszcze teraz widzę po nich, że znają już datę zwycięstwa («najpóźniej koło Bożego Narodzenia»), i że każdego, kto ośmieliłby się twierdzić, iż wobec pewnych okoliczności wojna mogłaby przeciągnąć się do roku 1915, lub może nawet do 1916 lub 1917 lub 1918, i nawet okazać się przegraną – że każdego takiego defetystycznego czarnowidza jeszcze i dzisiaj rozerwałyby na strzępy. Ja w każdym razie, ponieważ nie jestem zwycięstwa taki pewien, trzymam buzię na kłódkę.
«Pięć lemoniad i trzydzieści pięć bułek z kiełbasą!»
Ach, mamo, czy było to potrzebne?
Bo także twój głos rozpoznaję w chórze tych menad, lub poprawniej: z chóru tych menad, ostry głos, i w wysoce osobliwym dla wszystkich uszu dialekcie (oprócz naturalnie twoich uszu, ty bowiem jesteś naiwna, pozostaniesz naiwną aż do owego smutnego dnia za trzydzieści lat, w którym wyniosą cię z nowojorskiej kliniki, pozostałaś naiwną aż do owego smutnego dnia przed dwudziestu laty, kiedy wyniesiono cię z nowojorskiej kliniki, tak naiwną, jak nie może być nikt, a my Żydzi, ponieważ nam życie utrudnia się bardziej niż innym, w szczególności.) -
w dialekcie, powiadam, który jest wysoce osobliwy, gdyż nigdzie się nim nie mówi, ani tu w Breslau, ani nigdzie indziej w Schlesien, ani też w Berlinie, skąd tutaj przybyłaś, w dialekcie, który jest dlatego tak wysoce osobliwy, że nie ma on już z dialektami w ogóle nic wspólnego, lecz przeciwnie jest nagim i wyniosłym i antyseptycznym, to jest oczyszczonym z wszelakiego dialektu, niemieckim literackim – na co oczywiście nie możesz nic poradzić, matko, bo niemówienie dialektem, nie jest hańbą, podobnie jak nie jest zasługą mówienie dialektem; i czy dziewczyna, która zamiast latać po podwórku z dziewuszyskami z sąsiedztwa, musiała dorastać wśród guwernantek i z ‹Taucherem› i z ‹Ifigenią›, i której wbito do głowy, że Niemcy są w pierwszym rzędzie wyższą szkołą cór i dopiero później krajem – jakże miałoby takie dziecko (ze mną samym nie było wszak wcale o wiele lepiej) dotrzeć do innej mowy? Tylko że ty niestety nigdy nie byłaś podejrzliwa, i nigdy nie czułaś, jak bardzo twój sposób mówienia różnił się od innych, jak nienaturalnie brzmiał w uszach osiadłych mieszkańców twój tak dla ciebie naturalny literacki wysokoniemiecki; i że robiłaś się zupełnie niemożliwą, nawet kiedy unosiłaś swój głos i zaczynałaś wołać albo wręcz krzyczeć: że nikt ci wtedy mianowicie już nie wierzył, nie, że nikt ci nawet już dobrze nie życzył – o tych wszystkich rzeczach, których nauczyć się my młodsi, o ile nie zostaliśmy spaleni, mieliśmy wystarczająco wiele okazji, o tych sprawach ty jeszcze nie wiedziałaś niestety choćby tylko wstępnych rzeczy, przeciwnie, byłaś wręcz przekonana, że poprzez ‹Nathana› Lessinga należysz do tych, którzy lessingowskiego Nathana nigdy nie czytali, i których, jeśli by go znali, ani by on grzał, ani ziębił; a poprzez Goethego wierzyłaś, że jesteś jedną z tych, którzy Goethego (bądźmy przecież otwarci, matko!) znali jeszcze słabiej niż znałaś go ty.
«Pięć lemoniad!» krzyczysz więc po wysokoniemiecku, i twój krzyk brzmi ostro i panicznie, «pięć lemoniad i trzydzieści pięć bułek z kiełbasą!»
I teraz ciebie też zobaczyłem, matko! Na kilka krótkich sekund w każdym razie, bo ty pędzisz przecie we wszystkie strony, tak jakby trzeba było ugasić jakiś pożar albo uratować świat albo sprawić triumf niemieckiej broni, i oto znowu gdzieś zniknęłaś. Nosisz białą, wysoko zapiętą fiszbinową bluzę, dokładnie tak samo jak pozostałe cecylie, okropnie przepoconą, nic dziwnego przy tej ponadpatriotycznej gonitwie tam i z powrotem, a poza tym jest przecież naprawdę upalne sierpniowe popołudnie... i teraz widzę cię znowu, przez jakąś chwilę rozpoznaję także twoją twarz, po górnej wardze spływa ci pot, tak samo jak inne cecylie masz włosy ufryzowane w koszyczki na wzór Gretchen, czarne jak heban oczywiście, jesteś starotestamentową Gretchen; lecz właśnie dlatego (bo ty musisz przecież coś udowodnić, siebie mianowicie, i cieszysz się nawet z tego i jesteś za to wdzięczna, że poprzez tę wielką narodową wojnę, która spadła z upalnego sierpniowego nieba, została ci wreszcie dana szansa dostarczenia tego dowodu) akurat dlatego nie jesteś jakąś tam ojczyźnianą cecylią, lecz tą cecylią, wzorową cecylią, najbardziej entuzjastyczną, najbardziej niezawodną, najbardziej niemiecką – krótko: kiedy inne cecylie spokojnie nieraz przysiądą, aby złapać oddech i czegoś się napić, bo widzą, że ich bohaterowie z Görlitz lub Schweidnitz nie są już głodni bądź spragnieni, wtedy ty jesteś tą jedyną, która podtrzymuje służbę, która nie pozwala sobie na przerwy, która nie naraża misji na niepowodzenie, o nie, jeszcze długo nie, która raczej biegnie za bohaterami, obojętne dokąd, która im, kiedy znowu wsiadają do wagonów, wciska butelki i, gdy pociąg już ruszył, wrzuca im przez okna paczuszki z chlebem. Tak, ta dzika wzorowa uczennica to ty, matko. Czy naprawdę było to potrzebne?
Ach, ty która już od dwudziestu lat nie żyjesz, i tylko istnieją jeszcze twoje prochy (w jakiejś wciśniętej mi przez nowojorskiego ‹mortician› urnie z hebrajskim znakiem, którego ty nigdy nie potrafiłabyś odcyfrować); gdzieś tam, na przedmieściach Nowego Jorku (‹with the loveliest view of Hudson›) - ach, matko, która pędzisz tam po peronie i krzyczysz i jesteś oczarowana, gdyż wolno ci być jedną z wielu cecylii, czy naprawdę nie widzisz, jak kompromitująco się zachowujesz i jak niegodnie i jak daremnie, zostaniesz bowiem wydrwiona i poniżona i przepędzona; i że nie ma to najmniejszego znaczenia, czy mówisz albo wierzysz albo czujesz, iż do nich przynależysz, że nawet poprzez spełnianie obowiązku nie może ci się udać, zostać jedną z nich, akurat nie poprzez spełnianie obowiązku, a już zupełnie nie poprzez tak entuzjastyczne i tak rzucające się w oczy spełnianie obowiązku?
Ale skądże miałabyś to wiedzieć, matko, dzisiaj w sierpniu 1914, jakże mogłabyś też o tym wtedy wiedzieć? Myślisz raczej: «Któż uważałby podobne równouprawnienie kiedykolwiek za możliwe?» I: «Nie, jakiegoż to ludzkiego piękna i wyniosłości nie przyniosło z sobą doświadczenie wojny, i wydostało je nawet z tych ludzi, od których – jakże byliśmy niesprawiedliwi! - nigdy byśmy tego nie oczekiwali!» - Tak myślisz i jesteś dumna nawet z tego, że wolno ci się poświęcać również w nocnej służbie, tak samo jak inne cecylie. Oto jest, co myślisz. I: «Co majestat właśnie proklamował: że nie zna już żadnych partii, a tylko Niemców, zaiste stało się teraz prawdą!» I jesteś wprawdzie zmęczona jak pies, ale szczęśliwa.
9 lipca - X
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)