lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III    

 IV

   V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -    IV

Przemowa do Ch.

«Przykro mi, ale jeśli chodzi o ciebie, to nie będziesz teraz przez jakiś czas otwierała ust i uznasz siebie po prostu za nie-egzystującą. Bowiem tam, dokąd jedziemy, jest rok 1906, a to oznacza, że ciebie jeszcze nie ma, nie, że nawet tych dwoje młodych ludzi (on w Filadelfii, ona w Brooklynie), którzy pewnego razu (bardziej z nudów niż z miłości) połączą się, aby... nie, żadne ‹aby›, lecz poprzez co, a więc: poprzez co, bardziej przez niedopatrzenie niż z przyjemności (ale teraz w roku 1906 nic jeszcze o tym nie wiedzą) stworzona zostanie dziewczynka, dziewczynka, która pewnego razu nosiła będzie twoje, a następnie, dwadzieścia pięć lat później, także moje nazwisko, i która, za kolejnych dziesięć lat, przywiezie mnie tutaj do Wrocławia - tak więc dlaczego miałbym dostrzegać teraz istnienie tejże dziewczyny, skoro wszak nawet tych dwoje młodych ludzi, rodziców dziewczynki, w tym roku 1906, w który się właśnie wtaczamy, nie może jeszcze zgłaszać pretensji do tego, by ich dostrzec, bowiem również oni mają dopiero lat cztery i siedem, są zatem moimi rówieśnikami, rozumiesz: tego chłopca w marynarskim ubranku, noszącego moje nazwisko, który może biegnie tutaj obok nas po prawej czy lewej, a być może nawet próbuje nas wyprzedzić.

Gdyby przestrzenna odległość pomiędzy tymi dwojga kids po tamtej stronie, w Brooklynie i Filadelfii, przeznaczonymi na twoich rodziców, a mną tutaj, w Breslau, przeznaczonemu na twojego męża, nie była tak straszliwie wielka (potrzeba jedenastu dni, żeby przebyć odległość Hamburg - Nowy Jork tak zwanym ‹nowoczesnym parowcem›, i już to uznawane jest za ‹niedoścignione osiągnięcie nowożytności› - wówczas byłoby jak najbardziej do pomyślenia, że nas troje: on, ona i ja gralibyśmy razem w ‹Hide and Seek› albo ‹Cops and Robbers›.

Ale są to próżne rozważania. To, co tam, dokąd się właśnie toczymy, i co dzisiaj w roku 1906 się liczy, to to tylko, że żadne z nas trojga nie zna dwojga pozostałych; nie tylko ja nie znam tych dwojga po tamtej stronie i odwrotnie, lecz nawet ci po tamtej stronie nie znają przecież jedno drugiego, a już zupełnie nie wiedzą, że pewnego razu zrobią to ze sobą, o czym już zresztą w międzyczasie (mam tu na myśli: dzisiaj w roku 1966) już znowu zapomnieli i w ten sposób (nawet jeśli bogu-niech-będą-dzięki nie w niebyłe, to jednak) nieomal obrócili to znowu w nieprawdę. Jeszcze mniej wiedzą oni naturalnie o tym, że i ty kiedyś zaistniejesz. Na twoje narodziny, o ile twój helikopterowy wzlot w ten świat: twoje przybycie via cesarskie cięcie, godne jest tego miana, musi tych dwoje po tamtej stronie czekać jeszcze dwadzieścia cztery lata.

Nie patrz na mnie z takim wyrzutem! Może innym razem zdołałabyś tym spojrzeniem zmienić mój nastrój, ale nie dzisiaj i nie tutaj, w zaświatach. Kto jak ty przybywa do tego królestwa z tak obcego obszaru czasu, z obszaru czasu, którego tutaj jeszcze nie ma, nie może wnosić pretensji o nic lepszego ponad tolerancję. W okamgnieniu - obiecuję ci to -, w którym znowu opuścimy te zaświaty, uzyskasz ponownie swoje dawne prawa.»

  Nigdy wcześniej nie wyglądała na tak głęboko skrzywdzoną.



Hohenzollernstrasse

Przez kilka minut nic rozpoznawalnego, wprawdzie wiem, że mój Ford Anglia - nie robi teraz więcej niż pięć kilometrów na godzinę, mógłbym bez trudu obok niego iść - toczy się w dół ‹Sudeckiej›, i że ‹Sudecka› oznacza byłą SA-Aleee, a ‹SA-Alee› dawną Hohenzollernstrasse, i że my, zanim w 1915 przeprowadziliśmy się do Hamburga, mieszkaliśmy przez trzy lata właśnie przy Hohenzollernstrasse, zaś przed rokiem 1912 (a nawet od początku świata) przy Brandenburgerstrasse, tylko o kilka domów dalej od Hohenzollernstrasse, i z widokiem na ten sam żałosny, zielony trójkąt zwany <Hohenzollernplatz> - krótko: że krąg mojego życia natychmiast się zamknie, że oto natychmiast muszę znaleźć się znowu w domu - chyba że znalazłbym śmiałość, albo zdobył się na tchórzostwo, by przy następnym rogu ulicy jednak zjechać z niej w ostatnim momencie w lewo lub prawo i, nie rzuciwszy choćby jednego spojrzenia na orkusową krainę, zdezerterować w dzisiejsze; czy może wszystko to miałoby jednak nie być prawdą?

Gdyż aby dać wiarę stwierdzeniu, że to tutaj miałoby być ową Hohenzollernstrasse, potrzeba by więcej niż ufności w Bogu. W końcu ulica ta składała się wówczas z wielkomieszczańskich, a w dużej części nawet z wielkopańskich i dworskich pięcio- i sześciopiętrowych kamienic, styl Berlin-Kurfürstendamm, z budynków o ciężkich pneumatycznych bramach z kutego żelaza, które my dzieci, wracając ze szkoły, mogłyśmy tylko w ten sposób otworzyć, że, używając tornistrów jako buforów, rzucałyśmy się na nie całym swoim ciężarem.



źródło: wrocław na fotografii - http://hydral.com.pl/neo/test.php?content=frame

hohenzollernstrasse - widok od höfchenplatz w kierunku północnym



A fronty domów pęczniały wtedy balkonami, które, żeby się nie zawaliły, spoczywały na zwróconych ku niebu dłoniach olbrzymich, muskularnych fanfaronów, pseudobarokowych Herkulesów, którzy byli zresztą poniżej pępków - zamiast wyglądać dalej normalnie - albo gładko wyamputowani (co przepełniało mnie kastracyjną trwogą), albo (co także niekoniecznie było czymś godnym pozazdroszczenia) przemieniali się od tego miejsca w obeliski, albo (co wyglądało najznośniej) znajdowali ujście w czymś w rodzaju ręczników, w czymś, co, aczkolwiek trzepoczące bez uzasadnienia, w trzepotaniu zastygło. Tak czy siak, ci Herkulesowie byli genii loci, demonami Hohenzollernstrasse, oni nadawali tej ulicy jej charakter, w nich widziałem nawet początkowo samych ‹Hohenzollern›, od których ulica wzięła swoją nazwę.

I to tutaj ma być tą ulicą? To tutaj? Gdzie nie tylko nie ma żadnych napęczniałych balkonów, i nie tylko żadnych pneumatycznych bram z kutego żelaza, i nie tylko żadnych Herkulesów z rodu Hohenzollern, ale nawet żadnych dla nich substratów, nie ma tu nawet niczego, co można by określić jako ‹budynek›, nie mówiąc już o ‹budynkach›.

Tylko budowy, i tu i ówdzie koparka, której zadaniem mogłoby być wykopywanie przyszłych piwnic. Ale czy przypuszczalne lub przyszłe piwnice są może Hohenzollernstrasse? Pytając o to zatrzymuję się, albowiem dotarliśmy.



Hohenzollernstrasse 20

Lipcowy wiatr łagodnie przewiewa portal budynku - bo żadnego portalu nie ma, nie ma też budynku.

  Ciepłe promienie lipcowego słońca przenikają cień korytarza - bo żadnego cienia nie ma, nie ma też korytarza.

  Zamiast tego rozpościera się przede mną to, co przypuszczalnie rozpościerało się tutaj już przed rozpoczęciem intermezzo zwanego ‹historią›, a więc zanim powstało tu miasto z jego ulicami i trotuarami i domami i korowodami: a mianowicie pole z trawą i koniczyną i makiem.

Tam gdzie w 1915 rzucałem się z tornistrem na pneumatyczną bramę, aby potem wspiąć się po wyłożonych dywanem stopniach (‹tylko dla państwa, handel domokrążny i żebractwo zabronione!›) na drugie piętro - rok 1915, wypełniony naszymi zwycięstwami w myśl: wielu wrogów wielka cześć - do siedmiopokojowego mieszkania z wodą, gazem, elektrycznym światłem, dwoma balkonami i wszelkim wyposażeniem - na tym miejscu schylam się po dwa kwiaty maku, aby pojednać się nimi z pokrzywdzoną Ch.

Lecz nawet i to obdarowanie spełza na niczym, kwiaty nauczyły się przemijania gruntowniej aniżeli materia, z której gruzowisk czerpią swoje piękno. W momencie, gdy próbuję przekazać jej dwa czerwone kielichy, w mojej dłoni nie znajduje się już nic więcej niż dwie puste łodygi.



Brandenburgerstrasse 54

Ale nie był to przecież ten prawdziwy dom. Najwcześniejsze miejsce świata, o którym w ogóle coś wiem, to miejsce, w którym już zawsze i bez początku (bo że mogłoby mnie kiedykolwiek nie być, jest wszak niemożliwe) żyłem, leżało tam, po drugiej stronie, skośnie naprzeciw. Tamto miejsce nazywało się Brandenburgerstrasse 54. Jeszcze nawet i teraz wypowiadam to z tą samą oczywistością co wtedy, przed pierwszą wojną światową. Tyle tylko, że rzeczy nie są tak trwałe jak ich imiona. Naturalnie już z Hohenzollernstrasse zezowałem w tamtym kierunku. I wiem to wszystko, jeszcze zanim ważę się tam powoli udać.


  Z planu miasta wynika, że powinna tam być jakaś ulica. ‹Lubuska› miałaby się nazywać. Dlaczego nieistniejące może się nazywać, nie potrafię odpowiedzieć. Zrezygnowano przynajmniej z liczenia nie istniejących domów. W każdym razie nie ma na ulicy Lubuskiej numeru 54.

  W ojczyźnie, w ojczyźnie, tam się znów zobaczymy!

  Nic do znów zobaczenia. Glina. Powietrze.



*



Skąd wiem, że stałem dokładnie we właściwym miejscu, we właściwym miejscu w nicości? Ponieważ zachowała się trójkątna forma placu Hohenzollern wraz z drzewami akacji i placem zabaw. Oraz dlatego, że Brandenburgerstrasse tworzyła przeciwprostokątną trójkąta i że nasz dom uplasowany był pośrodku tej przeciwprostokątnej i dlatego że stałem właśnie w tym środkowym punkcie.

  Tam, gdzie wznosiła się owa przeciwprostokątna, a więc front budynków, tam wznosi się teraz surowy, zbity z desek płot. A za nim nie ma nic. I nic więcej nie da się też powiedzieć.

Możliwe, że przyjdę tu jeszcze raz, jak sprawca do miejsca swego czynu. I odczekam, czy może jednak owo miejsce zacznie mówić. Jeszcze nie wiem.




7 lipca - V



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni