jesień'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca

 I

   II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

9   l i p c a  -     I


Znów potajemnie Brandenburger Strasse 54

...że, gdzie kiedyś zwieszał się w koronę akacjowego drzewa nasz podwórzowy balkon, balkon (z widokiem na ziejący ogniem Wezuwiusz, namalowany przypuszczalnie przez jakiegoś chorego z tęsknoty do Italii malarza pokojowego), na którym my, trójka dzieci, zwykłyśmy zasiadać w ciepłe popołudnia, by szuflować kwaśne mleko z jagodami i aby za pomocą tychże jagód robić z naszych twarzy, jak to nazywaliśmy, «liliowe murzyńskie oblicza» - że teraz tam wysoko w górze znajduje się grunt, grunt ogrodowy, grunt gruzowiska, grunt budowlany czy jak tam jeszcze chciałoby się tę dobrą brudną substancję świata nazwać; i że teraz tam, gdzie kiedyś rozpościerały się akacjowe gałęzie, rozprzestrzeniają się korzenie: że tam wysoko stoi teraz mianowicie krzak, nawet całkiem duży krzak, dzisiaj pewnie już dwudziestopięcioletni, ze zwyczajnymi żółtymi kwiatami, który, jeśli mógłby być czymś zdziwiony lub niezdziwiony, z pewnością nie byłby on zdziwiony miejscem, na którym stoi, bo wszakże nigdy nie stał on gdzie indziej; i który, jeśli mógłby w coś wierzyć lub nie wierzyć, z pewnością nie wierzyłby, że tam, gdzie teraz stoi, zwieszał się ponad podwórzem w głąb korony akacjowego drzewa balkon, balkon, na którym w ciepłe popołudnia zwykła zasiadać trójka dzieci, aby szuflować kwaśne mleko z jagodami i aby za pomocą tychże jagód robić ze swych twarzy, jak to nazywały, «liliowe murzyńskie oblicza». To tyle, co do większego krzaka.

  Co zaś się tyczy tego mniejszego, tego który stoi tam w połowie wysokości, to zapuścił on korzenie dokładnie w tym miejscu, gdzie swego czasu znajdował się spocznik łączący pierwsze i drugie piętro, tam gdzie kolorowe, pobłyskujące mrocznymi barwami szkło, niczym jakiś kościelnookienny tryptyk, ukazywało naszego przyodzianego w gronostaj Wilhelma - w otoczeniu prostodusznego dziadka Wilhelma I. oraz wyglądającego prawie jak Jezus cesarza stu dni, Friedricha - i codziennie wzmacniało ojczyźniane uczucia wielkopańskich użytkowników schodów.

  W domu?

  Dwa krzaki.


W drodze

Lecz jednak było to niemieckie miasto.

  Na pewno. Niejedno było. Ale czy każde ‹było› usprawiedliwia każde ‹jest›? Z jakiegoż to powodu określone status quo ma prawo do tego, by je aprioryzować i uznawać za prawnie wiążące? Po ilu latach uzurpowana przemocą potęga zaczyna przemieniać się w święte prawo zwyczajowe?

Czy Breslau było może, zanim Friedrich zrabował Śląsk, niemieckie? Czy miasto to czuło się wówczas bratnim miastem Berlina? Zaprawdę, nie jest trudno wyobrazić sobie oburzenie ówczesnych mieszkańców Breslau, którzy nagle mieli stać się prusakami. Czyż mogłaby Austria powołać się dzisiaj na dawne tytuły własnościowe Marii Teresy? Jeśli tak, to wówczas tym samym prawem mogliby zgłosić się także Czesi, bo również do Czech Breslau kiedyś przynależało.

  Nie, w ten sposób nie da się bronić pretensji legitymacyjnych. Nie istnieją ‹tubylcy›, którzy, dlatego że urodzili się w miejscu A, posiadają wobec wszelkich okoliczności i raz na zawsze do owego miejsca ‹nieprzenośne prawo›. Prawo takie można bowiem przegrać, i tylko ten, kto go nie przegrał, ma prawo do swego prawa. -

Naturalnie dotyczy to również tytułu prawnego posiadanego teraz przez Polaków. Ten nie opiera się na (zbyt często i nazbyt naiwnie przez nich podkreślanym) fakcie, że Śląsk włącznie z Breslau był już przed tysiącem lat słowiański czy nawet polski – dowodzi to tak samo niewiele co fakt, że Śląsk był kiedyś czeski czy austriacki czy niemiecki. Jest raczej tak, że prawo Polaków do tego obszaru opiera się wyłącznie, ale za to bezdyskusyjnie, na bezmiernej krzywdzie, jaka została im wyrządzona: na tym, że napastnicza armia niemiecka, nie mówiąc o SS, począwszy od września 1939 zniszczyła prawie wszystkie polskie miasta i zlikwidowała co czwartego Polaka. Na tej potwornej krzywdzie, jaką im wyrządzono, opiera się teraz prawo tych Polaków, którzy przeżyli. I także to: ich prawo do ‹zadomowienia się› w budynkach pokonanego zdobywcy, co znaczy ‹w budynkach›, raczej w ruinach, jest tak samo wielkie, jak wyrządzona im krzywda: a więc bezgraniczne.

  Obrazowo: dlaczego poniżona i zubożała rodzina człowieka zamordowanego przez swego sąsiada nie miałaby rościć pretensji do domu pokonanego mordercy, gdy ten został już zwyciężony? I odwrotnie: dlaczego mordercy, który ponadto w obliczu doznawanej porażki zniszczył własnymi rękoma swój własny dom, miałoby być wolno, po tym jak ów dom został, lecz nie jego już rękoma, znowu odbudowany, doń się ponownie wprowadzić?

  Nie, tym byłym Ślązakom, którzy powołują się na fakt swego śląskiego urodzenia, nie radziłbym opierać na nim żadnych prawnych roszczeń. Już całkiem pomijając to, że byli uciekinierzy wcale nie chcą tak na poważnie wracać, lecz tylko o tym głośno zapewniają – liczba urodzonych w Breslau Niemców zmniejsza się z dnia na dzień; podczas gdy liczba przychodzących na świat we Wrocławiu Polaków z dnia na dzień rośnie.

W hotelu widziałem dwuletnią dziewczynkę, córkę jednej z pracownic. Ponieważ ta urodziła się we Wrocławiu przed osiemnastu laty, jej córka reprezentuje już drugie polskie pokolenie. Tego faktu nie da się już dłużej dyskutować.



f
o
t
o
*
w
i
t
o
l
d
*
l
e
g
u
s

chrzest izabeli (ul. kurkowa, 1948)




9 lipca - II



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni