lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII    

 VIII


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -  VIII

Do ojca

Jedziemy w dół Schweidnitzerstrasse i Schmiedebrücke. Nie do wiary jak krótka jest droga do uniwersytetu, droga, na przebycie której ojciec, kiedy jeździł na swoje odczyty, potrzebował nawet do czterdziestu minut. W ciągu tych zapewne dwudziestu lat, jakie spędził w Breslau, musiał biedaczysko na pewno przemierzyć ten odcinek kilka tysięcy razy, ale zawsze na piechotę albo tramwajem. Auto? Gdyby w roku 1906 ktoś mu prorokował, że jego syn kiedyś w roku 1966 pokona ten odcinek w ‹automobilu›, a do tego jeszcze własnym, uznałby tę przepowiednię za tak samo śmieszną, jak tę, że jego syn zostanie kiedyś burmistrzem Breslau. A ja, jego syn, wierzyłbym takiemu prorokowi jeszcze mniej. Dla mnie bowiem pierwsze auta były wtedy czymś zupełnie ponadnaturalnym, nie mówiąc już o tym z nich, które ujrzałem w Breslau po raz pierwszy: była to triumfalna karoca na wysokich kołach, w której cesarz, bawiący tu w związku z ‹cesarskimi manewrami›, powoli unosił się ponad Garten- i Schweidnitzerstrasse (jak mi się zdaje, przebrany za kirasjera, w olbrzymich butach ze sztylpami i w straszliwym, ogoniastym hełmie, ale możliwe, że mylę go z portretami Bismarcka, nieważne). Pierwszy automobil, jaki zobaczyłem, to była właśnie ta karoca, w której unosił się on ponad głównymi ulicami Breslau, zdążając jeszcze przyjąć owacje tych, którzy kilka lat później, rzekomo za niego, wyleją swoją krew nad Marną i w Karpatach i którzy wtedy już nie mogliby wznosić na jego cześć okrzyków. Wtedy nic o tym naturalnie jeszcze nie wiedziałem, tak samo zresztą jak całe te tysiące wiwatujących. Co wiedziałem, albo lepiej: co widziałem, to było tylko to, że Jego Karoca nie potrzebowała konia, lecz ‹ot tak po prostu› lekko sunęła do przodu. Ten fakt nadawał mu bajecznego blasku, blasku ‹Imperator Rex›, blasku omnipotencji; no i naturalnie rozumiałem, że tych wielu generałów nie mogło mieć nic lepszego do roboty, niż obtańcowywanie na wierzchowcach tego ponadnaturalnego pojazdu i składanie unoszącej się w nim majestatycznej istocie swych rewerencji. –

Takie to było pierwsze auto w moim życiu. Żałuję. Przeminął tamten blask; gdzie kiedyś łaskawie triumfował majestat, tam triumfuje dzisiaj każdy woźnica, i tam przed więcej niż dwudziestoma laty triumfował już każdy grenadier. A dzisiaj nawet ja unoszę się bez koni, ‹ot tak po prostu›, jeden z milionów cesarzy Wilhelmów, w dół Schweidnitzerstrasse. Która dzisiaj nie nazywa się już rzecz jasna Schweidnitzerstrasse, lecz Świdnicka, i sunę ku Schmiedebrücke, która dzisiaj nie nazywa się już rzecz jasna Schmiedebrücke, lecz Kuźnicza. I oto zanim zdążyłem się na to przygotować, podjechałem jak przed pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu laty pod uniwersytet.

  Stoję zatem przy <Fechterbrunnen> (także to śmieszne dzieło ocalało), dokładnie tam, gdzie dawniej jakże często wystawałem, czekając aż ojciec wyjdzie z seminarium – i popatrz (nie, żadne ‹popatrz›, bo wcale nie jestem zdumiony, cóż innego mogłoby się tam znajdować?) – jego dom: wspaniały, barokowy budynek konwiktu, w którym urządził on swój instytut, także ten wciąż jeszcze istnieje, i jest taki sam, jakim był zawsze. On wyjdzie zaraz, w towarzystwie któregoś ze swych studentów, prawdopodobnie ze swym ulubionym uczniem Hermsenem, który w 1915 polegnie jako ochotnik we Flandrii - zaraz wyjdzie z barokowej bramy na ulicę, przysłaniając dłonią oczy, aby mnie łatwiej odszukać, a ja krzyknę do niego naszym rodzinnym zawołaniem. Ale czy uwierzy własnym oczom i własnym uszom, jak zobaczy ten samochód i jak stwierdzi, że wołanie dobiega właśnie z auta? I czy uwierzy, że ja to ja?


foto, witold legus (1948)



  Jest sprawą wystarczająco złą, że rzeczy giną bezpowrotnie. Ale niekiedy gorsze jest ich przetrwanie. Bo wówczas ginie coś innego: a mianowicie czas, rzeczywistość własnego przeżytego dotąd życia. Stoję tutaj, i oto znowu jest rok 1910. I co od tamtej pory się wydarzyło, zostało wygaszone. To, co przetrwało, jest śmiercią tego, co było. Że mieszkałem później w Berlinie, jest niebyłe. I że później mieszkałem w Paryżu, jest niebyłe. I że później uciekłem do Nowego Jorku, jest niebyłe. I nie było Hitlera. I nie było Hiroszimy. I nie było Auschwitz. I nie było Wietnamu. Dalej stąd, dalej stąd! Z powrotem do ruin, do dobrych ruin, które dowodzą, że dzisiaj nie jest przedwczoraj, tylko dzisiaj.




8 lipca - I



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni