11 lipca
I II III IV V
w r o c ł a w 1 9 6 6 - g ü n t h e r a n d e r s
9 l i p c a - IV
Auschwitzstrasse
Raz jeszcze powałęsałem się w dół Schweidnitzer. Co wczoraj nie rzuciło mi się w oczy: na krótko przed dojściem do Ring ujrzałem z lewej, po drugiej stronie przeciwległej uliczki, dawny Blücherplatz. Uliczny szyld – czy to możliwe? czyż nie jest to była Junkernstrasse? - ogłaszał: ‹Ulica Ofiar Oświęcimskich›, w jakiś sposób odnosiło się to więc do Auschwitz. Ze słownika dowiedziałem się co oznacza słowo ‹ofiar›. Ulica ta została zatem poświęcona pamięci pomordowanych w Auschwitz. -
Jak niewystarczającym by to nie było, uczcić miliony pomordowanych ulicznym szyldem – lecz jakież inne uhonorowanie nie byłoby niewystarczające? A więc cześć tym, którzy wpadli na pomysł tego niewystarczającego uczczenia! -
No a poza tym nie wiem, czy w Niemczech lub Austrii podjęto by chociaż próbę przeforsowania podobnie niewystarczającego uczczenia, albowiem utworzone z dala od miast pomniki, na obszarze byłych obozów, są wszak jedynie śmiesznymi alibi. Nie, miejsce tych pomników jest w miastach, tam, gdzie spacerują synowie i córki morderców. Czy istnieje w Berlinie Auschwitzstrasse? Albo w Wiedniu? Albo w Hamburgu? Albo w Monachium?
W rzeczy samej, ktoś mógłby zapytać, komu i jaką korzyść podobne uczczenie by przyniosło? Czy zdarzyło się już kiedyś, że ktoś pomyślałby o Schillerze i zaczął go czcić tylko dlatego, że jego droga wiodła przez Schillerstrasse? Albo że ktoś, nawet zatrzymując się przed przedstawiającym Schillera pomnikiem, pomyślałby o Schillerze? Czy pomniki mają jeszcze jakiś sens? Czyż nie jesteśmy okropnie niewynalazczy, gdy chodzi o zachowanie pamięci o jakimś człowieku lub zdarzeniu?
Taka ulica musiałaby być niczym otwarta księga. Na fasadzie każdego budynku winien znajdować się obraz: obraz przedstawiający trupy. Albo piece. Albo góry walizek. Albo gąszcz obciętych włosów. Wtedy taka nazwa miałaby uzasadnienie. I wtedy moglibyśmy mieć może nadzieję, że ci, którzy by taką ulicą przechodzili, zamieraliby w świętej bojaźni.
ulica ofiar oświęcimskich, w głębi plac solny |
Odwiedziny u ojca
Później przechodziłem obok ojcowego budynku konwiktu, nazywaliśmy go wtedy ‹Steffenshaus›, dlatego, jak mi się zdaje, że w roku 1813 z tego miejsca Steffens wzywał do walki przeciw Napoleonowi. Ale ta przeszłość naprawdę mnie teraz już wcale nie obchodzi, przeszła ona aż tak bardzo, że patrząc z jej perspektywy fakt, że ojciec założył tutaj przed więcej niż sześćdziesięciu laty instytut psychologii i robił w nim swoje pierwsze testy IQ i pierwsze doświadczenia dotyczące niezawodności zeznań świadków, leży jeszcze w najciemniejszej przyszłości.
Otwarto dla mnie salę seminaryjną. Naturalnie nigdy wcześniej jej nie widziałem. Wprawdzie gdy przychodziłem po ojca, a na zewnątrz padał deszcz lub śnieg, wolno mi było wejść do budynku Steffensa, ale nigdy do samej sali – nie dziw więc, że ta, jak w ogóle królestwo dorosłych, miała dla mnie posmak tajemniczości, co potęgowane było jeszcze tym, że w moich oczach miał ów budynek, pierwsza barokowa budowla, jaką w swoim życiu ujrzałem, w sobie coś bizantyjskiego i wybujale tropikalnego. Obie te rzeczy, zarówno zakaz wstępu jak i przeczucie misteriów, których jeszcze nie wolno mi było znać, zapomniałem już przed dziesiątkami lat, wspomnienie o nich zbudziło się dopiero przed chwilą, w tym momencie, gdy woźny uprzejmym gestem zaprosił mnie, bym podszedł bliżej. Naturalnie, po tym jak nieco zwlekając to uczyniłem, pojawiło się pewne rozczarowanie, bowiem podłużna sala seminaryjna była wprawdzie piękna, ale dlaczego miałaby być tajemnicza, tego nie dało się już odgadnąć; no a ponadto nie mogłem, ponieważ nigdy go w niej nie widziałem, za bardzo wyobrazić sobie tutaj ojca. Jeśli zabawiłem tam kilka minut, obejrzałem piec i powyglądałem z okien, to nie na cześć ojca, lecz wyłącznie z szacunku do woźnego, który zadał sobie ten trud i specjalnie dla mnie zszedł tutaj z wyższego piętra. -
Nie, moje odwiedziny u ojca nie były udane.
Uniwersytet
Co przepełnia zgrozą: nie, że ‹wszystko płynie›, nie, że wtedy bezpowrotnie minęło. Lecz odwrotnie, że nie wszystko płynie, że w rzece znajdują się kamienie, że ówczesne pomieszczenie, o którym jako wspominający myślałem, że również ono było jedynie fragmentem owego wtedy, teraz się od tamtego wtedy całkowicie wyemancypowało, stoi sobie dzisiaj tak samo jak stało wtedy i tym sposobem zadaje kłam czasowi. Grecy powiedzieliby: czas dementuje byt (das Sein) trwającego (des Bleibenden). Mnie się wydaje: trwające dementuje byt czasu.
Antykwariat
Naprzeciw uniwersytetu maleńki antykwariat. A w nim wiele, wyłącznie niemieckojęzycznych, książek o sztuce, większość z nich pięćdziesięcioletnie ‹stare gnaty›, jakich nie widziałem już od dziesięcioleci, tak długo jak samego Breslau. Najpierw sięgam naturalnie po Rembrandta. Niemożliwe! Te ciemne plamy udawały, że są obrazami Rembrandta! A może jednak nie tak zupełnie niemożliwe? Bo że z tych niby-reprodukcji, które odrysowywałem wtedy kawałek po kawałku, nauczyłem się mniej o Rembrandcie, aniżeli jego dzisiejsi miłośnicy uczą się o nim teraz ze wspaniałych reprodukcji, które niemal nie różnią się od oryginału, tego wcale nie jestem taki pewien.
Po kryjomu sprawdzam wewnętrzną stronę okładki, czy przypadkiem nie zawieruszyło się tam moje, wypisane dziecięcą ręką, nazwisko. Lecz nawet mnie, rozpieszczonemu przez przypadek, taki prezent nie spada z nieba. Tak więc to wydanie będzie nosiło w sobie moje imię od dzisiaj. Wpisane weń moją starczą dłonią. «Proszę zapakować!»
Drugie trouvaille: sprzedawca kładzie przede mną paczkę widokówek z Breslau, na prawie wszystkich naturalnie Ratusz, oklejone znaczkami z cesarskich i weimarskich czasów. A to znaczy: obiekty z mych studenckich lat, gdzież tam, nawet z pierwszych lat mojego piśmiennictwa, klasyfikowane są dzisiaj już jako antykwaryczne. Całkiem pożyteczne, doświadczyć czegoś podobnego. -
Tekst na pocztówce: «Schönste Grüße vom Turnfest in unserem alten Groß-Brassel! Dein ewig treuer Gustav!» -
Ten Gustav mnie ujął, bowiem żeby swoją wierność udowodnić, narysował pod swym nazwiskiem bujny szlaczek, i poprzez pedanteryjne równoległe sztafirowanie nadał mu nawet pewną plastyczność, wygląda jak z gipsu. Gdybyż ten Gustav wiedział! Gdyby teraz po pięćdziesięciu latach dowiedział się, że jego ówczesne świadectwo wierności, któremu bez wątpienia próbował swym rysunkiem nadać stateczność i wieczność, istnieje jeszcze nawet dzisiaj, ba, jest honorowane, a nawet równoważone w pieniądzach, i to w polskich pieniądzach – prawdopodobnie przestraszony odrzuciłby taką wieczność i zapewniłby, że aż tak długo trwającej wieczności nie miał naturalnie nigdy na myśli. -
Niejasnym jest ponadto, jak i dlaczego te widokówki, które niemal wszystkie noszą na sobie stempel ‹Breslau›, odnalazły tutaj do Breslau powrotną drogę. A już całkowicie zagadkowe, dlaczego te szczątki są tutaj składowane, na jakich to kupców liczono. Cóż, zapewne na takich błaznów jak ja.
Austria
Bardzo parnie i przedburzowo. -
Ponieważ zarówno uniwersytet jak i ojcowy budynek seminarium są zamknięte, przechodzimy przez jedyne otwarte w tej okolicy drzwi, przez drzwi przylegającego bezpośrednio do uniwersytetu Matthiaskirche. Wnętrze bujnie przeładowane, Jezusowo, i owo przeładowane wnętrze przepełnione jest chodzącymi do kościoła ludźmi. Tak przepełnione, że doprawdy nie da się wejść głębiej do środka. Przypuszczalnie ta wielka gromada ludzi – w żadnym razie nie wyglądają na komunistów, lecz jak najbardziej po mieszczańsku – to politikum. I to prawdopodobnie opierające się na długiej tradycji: bowiem przez dziesiątki lat, w ciągu których Polska musiała przynależeć do Rosji, odwiedzając rzymsko-katolickie kościoły dystansowano się tu od grecko-katolickiej Rosji. -
Matthiaskirche (lata 1900-1934) |
Naturalnie nie byłem w tym kościele nigdy wcześniej, zresztą jako żydowski chłopak nigdy nie widziałem od środka w ogóle żadnego kościoła. Jest to zatem bardzo opóźniona premiera. A jednak żadna. Bowiem ten jezuicki barok jest mi bardzo bliski, aczkolwiek dziwnym sposobem nie z młodych, lecz ze starych lat: z tego powodu mianowicie, że los rzucił mnie w wieku pięćdziesięciu lat do Wiednia.
Również gdy wałęsamy się wzdłuż Odry, naprzeciw Ostrowa Tumskiego, po całkowicie mi nie znanym Breslau, czuję się jak w domu, podobnie jak w zeszłym tygodniu w Krakowie, pachnie K. i K., mam wrażenie, że jest to spacer nad Dunajem, w jakimś przypadkowo mi nie znanym austriackim mieście.
9 lipca - V
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985 z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)
|