lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II     

 III

   IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

7   l i p c a  -   III

Ślizgawka

Sam park - oto znowu widać: natura jest wieczna - całkiem nie zmieniony. W każdym razie pomiędzy wierzbami i brzozami mogłem dojrzeć połyskujący staw, na którym jako sześciolatek nauczyłem się jeździć na łyżwach, czego tymczasem od dawna już znowu nie potrafię, i na którym ściągnąłem na siebie wieloletnią nienawiść wtedy ośmioletniej Hildy, ponieważ, kiedy ta zaczęła z pękającymi kostkami ślizgać się po lodzie, powstydziłem się jej i w najbardziej niebraterski sposób wyparłem, aby w samozadowoleniu móc zataczać łuki w rytm walca, którego wdmuchiwała w tłum łyżwiarzy opatulona kapela, oraz pozwolić się z prawej i z lewej podziwiać, zwłaszcza przez koleżanki z klasy Hildy.

Przychodzi mi teraz do głowy, że wytrząsanie śliny z instrumentów - co obserwowałem w przerwach między muzycznymi kawałkami najpierw z niedowierzaniem a później z fascynacją, a zatem doświadczenie, że coś tak niewymownie pięknego jak muzyka w plenerze musiało wiązać się z takim świntuszeniem - było okropnym, jeśli nie najokropniejszym rozczarowaniem sztuką w moim życiu.

Co zaś się tyczy mojego postępku wobec Hildy, to jeszcze nawet w roku 38, a więc trzydzieści lat później, kiedy, unikając w cudowny sposób nazistowskiego obozu dotarła do Nowego Jorku, opowiedziała mi o tym i wyznała, czego nawet nie przeczuwałem, że w swym wczesnodziewczęcym wieku żarliwie mnie z powodu mej zdrady nienawidziła i że nie mogła przemóc tej nienawiści jeszcze przez długie lata.

Ach, także i to spóźnione wyznanie ma już teraz niemal trzydzieści lat, i dzisiaj jej nienawiść jest już z całą pewnością uśmierzona, w każdym razie nie da się jej nigdzie odnaleźć, bo także i jej samej, i to też od wielu już lat, nie dałoby się już nigdzie odszukać. Amen.



Krietern

Przechodzimy przez na wpół zabudowaną okolicę, wolno stojące domy i altanki w działkowych ogródkach, to musi być już chyba Krietern, tam gdzie my trzej nierozłączni z naszej klasy, trzeciej pewnie, 1909 albo 10, zwykliśmy się wałęsać w poszukiwaniu kijanek.

Ponieważ wszystko, co z science fiction wpadło nam w ręce, a mianowicie wszystkie zeszyty Kosmosu, pożeraliśmy z kopytami, zdawało nam się, iż wiemy (cóż znaczy ‹zdawało nam się›, wiedzieliśmy), że te małe dygoczące beznogie stworzenia właściwie wcale już nie istniały, lecz przynależały do praepoki sprzed milionów lat, do epoki latających jaszczurek i małogłowych dinozaurów; że stworzeniom tym było przeznaczone pewnego razu - bo jak wiadomo wszystko idzie do przodu - w oddalonej o miliony lat przyszłości stać się żabami.

Był to sekret przeobrażenia, w który zostaliśmy wtajemniczeni przez popularne darwinistyczne czasopisma Wilhelma Bölsche.

Sensacyjnym było w tych istotkach nie tylko to, że umożliwiały nam, żyjącym w erze oceanicznych olbrzymów i powietrznych statków, współuczestnictwo w prehistorii; lecz również to, że dały nam one okazję do obserwowania w naszych domach ich (trwającego właściwie eony lat) przeobrażenia; trzymaliśmy je w przemianowanych na akwaria słoikach po marmoladzie.

Bajorko, po którym wówczas brodziliśmy, aby łapać te jedyne w swoim rodzaju stworzonka; i las trzcin i chmary komarów i ważki, tego teraz już nie udaje mi się odkryć, być może wcale już nie ma tego pontyjskiego bagna, może osuszył je Hitler albo wypompowali zeń wodę Rosjanie, aby ugasić swe płonące czołgi, czy ja wiem, kto odwodnił moje dzieciństwo - ale nie mogę się mylić, to było tutaj, bo tylko z Krietern miało się z lewej Südpark a na horyzoncie przed sobą Zobten, i zarówno jedno jak drugie wciąż jeszcze znajduje się tam, gdzie zawsze już było, czyli na swoim miejscu. Zobten jest co prawda rozpoznawalna tylko jako plamka pary, już teraz o dziesiątej rano jest tutaj bardzo gorąco, powietrze drży, i Ch., dla której góra ta nie ma naturalnie żadnego znaczenia, nie może jej w ogóle ujrzeć, mimo że wzrok ma ostrzejszy od mojego.

Podobnie nie może ona zobaczyć też owej sceny, która tu się rozegrała i z której powodu teraz właściwie w to miejsce przyjechałem. Nie mam pojęcia, który z nas trzech zaczął, kto z zazdrości o lepsze czy też tylko większe kijanki wytrącił z ręki drugiego kijankowy słoik i deptał dygoczące, nie przystosowane jeszcze do życia na lądzie zwierzątka - ale tyle jeszcze wiem na pewno, że wszyscy trzej tarzaliśmy się po ziemi, że rozzłoszczeni zadawaliśmy sobie ciosy i że porozcinaliśmy sobie na potłuczonym szkle ręce i kolana, tak że oczywiście żadne z tych małych stworzonek nie miało już szansy na to, by stać się tym, co od milionów lat w sobie nosiło: mianowicie najprawdziwszą żabą.

Te maleńkie istotki, po części pocięte, po części kleiście rozgniecione, po części leżąc na piasku i dusząc się, przedstawiały sobą całe nie narodzone jeszcze pokolenia, zamordowaliśmy nie tylko dzisiejsze, nasz mord sięgał głęboko w najodleglejsze przyszłości.

  Coś z tego musieliśmy wówczas przeczuwać. Przypominam sobie bowiem, że, kiedy w końcu obdarci, i sami także krwawiący, wycofaliśmy się gęsiego na Kleinburgstrasse, gdzie mieszkał Hans, nie powiedzieliśmy do siebie ani jednego słowa. I że milczeliśmy jeszcze nawet wtedy, gdy mama albo siostra H., w każdym razie jakaś dorosła osoba, tak wypędzlowała nas od stóp do głów jodyną, że nagle wyglądaliśmy jak Indianie albo klauni. Ja w każdym razie odczułem wtedy ów piekący jodynowy ból jako karę za wymordowanie pokoleń.



źródło: http://oss.oss.wroc.pl/dobrzyniecki/dobrzyniecki.html

ślęża według obrazu z 1702 r. josef milde, 1916.




W poszukiwaniu domu. Stacja benzynowa. Z rozpaczliwą stanowczością pytam bezpośrednio o Hohenzollernstrasse. Pracownik stacji, wprawdzie stary breslauczyk, lecz widocznie nie aż tak stary, by mógł Hohenzollernstrasse pamiętać jako Hohenzollernstrasse, odpowiada zapytaniem (śmiało, tak jakby nazistowską solidarność uznawał z góry za coś samo przez się zrozumiałego, pomyślcie: tak pyta on Żyda w od dwudziestu jeden lat polskim Breslau), czy mam może na myśli SA-Alee, co mnie tak przestrasza, że jego pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.

Ale też i nie potrzebna jest mi już jego odpowiedź, bo, kiedy w milczeniu płacę za benzynę, odkrywam coś, coś, co dalsze dopytywanie się czyni całkowicie zbędnym: że oto mianowicie wieża ciśnień jeszcze stoi, wieża ciśnień mojego dzieciństwa, wieża ciśnień, która wyglądała jak litrowy kufel i wciąż jeszcze tak wygląda i do której wędrówka była naszym codziennym najniższym pensum i od której naturalnie trafię «do domu» już całkiem sam.

Niebiosa wiedzą, ile setek wież znalazło się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat w pięćdziesięciu różnych krajach świata przed moimi oczami i utkwiło w mojej pamięci, tak głęboko, że mógłbym je z głowy narysować - ale tak oczywistą jak ta, nie jest mi żadna inna wieża, przyłapuję się bowiem na tym, że, mimo iż nie widziałem jej przez pięćdziesiąt lat, jeśli się jej w ogóle przyglądam, to czynię to ze znudzeniem.

  Wysiadam, obchodzę ją wkoło. I nagle wiem: tutaj, ku tej ceglanej ścianie wieży, ratowaliśmy się (‹my› = Else, piastunka do dzieci; ja, czteroletni; i Eva, którą woziliśmy jeszcze w wózku), kiedy to parę kirasjerskich koni, stanąwszy nagle dęba i zrzuciwszy jeźdźców, popędziło za nami w górę Hohenzollernstrasse.

Wyglądało to tak samo, jak na owych obrazach pól bitewnych, które już wkrótce przez lata miały przechodzić z nami z klasy do klasy, z jednej historycznej książki do kolejnej; szczytowym punktem było ‹Gravelotte›.

Nie dziw więc, iż ja, jako że przeżyłem wcześniej natarcie kirasjerskich koni na wieżę ciśnień, a nawet, co chętnie sobie wmawiałem, odparłem je bez jednego mrugnięcia okiem, aż do piątej klasy miałem uczucie, że zwycięsko przeszedłem przez wszystkie słynne konne bitwy historii.

Że ta wieża, pod którą odbyła się tamta sławetna konna batalia, stoi jeszcze teraz, jest dla mnie rzeczą absolutnie nie do pojęcia, gdyż musiała się ona przecież znajdować w bezpośrednim polu rosyjskiego ostrzału, i również dlatego, że, jak mi się wydaje, poprzez zdemolowanie wieży ciśnień można było zmusić Breslau do kapitulacji.

Tutaj w każdym razie Ch. fotografuje mnie. Siedzę - dni dzieciństwa i kawaleryjskich ataków przeminęły - siwy i spokojny na dachu swego samochodu, mam nadzieję, że za mną dobrze wyjdzie kuflowa architektura wieży.




s  w
z  i
p  e
i  ż
t  a
a  *
l  *
*  c
*  i
i  ś
z  n
r  i
a  e
e  ń
l   
i   
c   
k   
i   


pocztówka, szpital izraelicki i wieża ciśnień



Swojski budynek z czerwonej cegły. Nie do uwierzenia. Oto wytępiono Żydów, oto zniszczono to miasto - a tymczasem jedyną nie zniszczoną budowlą, oprócz wieży ciśnień, która stoi tutaj pośród niczego, jest wybudowany przez Żydów przed siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu laty ‹Szpital Izraelicki›. Czy może także on został odbudowany? W każdym razie to ten sam, i na ślepo znalazłbym oddział otolaryngologiczny; był on na samej górze po lewej, wiem to dokładnie, bo w 1911, trzymając za rękę matkę, wchodziłem tutaj i wychodziłem w związku z leczeniem uzupełniającym po zapaleniu ucha środkowego.

Ten budynek naprawdę jest wciąż jeszcze w użyciu, czy też znowu, właśnie wychodzi z niego młoda kobieta, profesjonalny krok, jest być może asystentką. Czy powinienem tam wejść? Ale jakże miałbym komuś, kto przypuszczalnie nie mówi po niemiecku, wyjaśnić powód mych odwiedzin? Lepiej nie.

Wsiadam do auta, żeby potoczyć się naprzeciw właściwemu celowi.




7 lipca - IV



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni