lato'04


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II     

 III

   IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV         V      


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

8   l i p c a  -   III


  No ale cóż, życie człowieka nie jest bez następstw, toteż nikt nie czyni dobra bezkarnie - i zapewne to właśnie tłumaczy osobliwą twarz matki, która właściwie mogła stać się tak piękna jak owa «piękna i wdzięczna» z ‹Pieśni nad pieśniami›, lecz w jej oblicze wpisały się rysy wcale doń nie przynależące: a to rysy córy z wyższych sfer, rysy staropanieństwa, rysy nadpoprawności i faryzeuszostwa. Wprawdzie nie zdeformowało to twarzy matki, jej profil aż do starości przyrównywany był do ‹gemmy›. To zaś, że mimo najpiękniejszego posagu nigdy nie mogła rozkwitnąć do prawdziwie promieniującej piękności Zulejki, na pewno miało swoją przyczynę w matriarchalnej pozłacanej młodości, na którą wszakże była skazana.

  Przypuszczalnie znający się na rzeczy i w rozsądny oraz dobroduszny sposób bezwzględny kochanek lub mąż, gdyby tylko zabrał się za to wystarczająco wcześnie, mógłby te pierwsze oznaki faryzeuszostwa i pedanterii jeszcze wygładzić, może nawet w kilka tygodni, gdyż matka, kiedy ojciec ‹wprowadził ją do swego domu›, miała ledwie ponad dwadzieścia lat, modelowanie jej twarzy musiało więc być jeszcze w pewnym stopniu możliwe. Jednak ojciec najwyraźniej nic podobnego nie uczynił. Dlaczego nie, można teraz po siedemdziesięciu latach tylko przypuszczać. Może po prostu dlatego, że nie był fizjonomikiem, a zatem owe rysy na twarzy matki wcale mu nie przeszkadzały. A może dlatego, że nie wiedział jak należałoby się zabrać do uporządkowania lub doprowadzenia jej twarzy do rozkwitu; którą to techniką można nie utrwalone jeszcze ostatecznie rysy wycieszyć albo wykochać.

Albo też - i obawiam się iż to wyjaśnienie najbardziej jest bliskie prawdy - dlatego, że to jej oblicze córy z wyższych sfer wręcz mu odpowiadało. Zapewne gdy widział swą urodziwą na wschodni sposób żonę w kręgu na wpół pruskich, na wpół słowiańskich, często głupkowato wyglądających małżonek swoich kolegów, oblatywał go za każdym razem strach. Jako żydowski docent, który marzył o tym, by zostać kiedyś profesorem zwyczajnym - co już było czymś wystarczająco niezwyczajnym - musiał unikać zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi. Przypuszczalnie dziękował Bogu, że matka nie prowadziła się tak samo egzotycznie, jak wyglądała, że nie zachowywała się jak owa opiewana przez Salomona, jak róża Sarońska, lecz niczym uosobienie wszelkich możliwych tabu i poprawności spokojnie siedziała wśród zebranych, a więc tak, że nikt nie mógłby jej niczego zarzucić. Krótko: co naprawdę myślę to to, że ojcu nie tylko nie przeszkadzały na twarzy matki owe rysy córy z wyższych sfer, lecz że nawet je sobie chwalił jako arystokratyczne i tym samym pogłębiał.




*




Ach, jakże straszliwie się to wszystko w końcu zemściło! Bo gdy czterdzieści lat później (ojcowskie marzenia o profesurze dawno się już były spełniły, i także te spełnienia dawno już znowu rozpłynęły się w nicości i również on sam już dawno odszedł) - a zatem gdy matka czterdzieści lat później leżała w Nowym Jorku na łożu śmierci, z jej twarzy nie pozostało nic ponad te pogłębione teraz do bruzd i zastygłe rysy nadpoprawności i faryzeuszostwa.

Długo szukałem resztek tamtej orientalnej, bajkowej twarzy najpiękniejszej kobiety świata, moje poszukiwania okazały się jednak całkowicie daremne, a kiedy Hilde, też od dawna już nieżyjąca, zapytała mnie przez łzy, cóż właściwie takiego mam nadzieję odnaleźć w twarzy matki, i kiedy odpowiedziałem: «tysiąc-i-jednonocny-blask z czasów Breslau», najwyraźniej nie pamiętała już, że taki blask kiedyś istniał, w każdym razie spojrzała na mnie bez zrozumienia, nie unikając przy tym swego najbardziej frapującego podobieństwa do matki.

Ach, teraz obie są do siebie jeszcze bardziej podobne niż dawniej, bo jako umarłe należą już przecież niemal do tego samego pokolenia, teraz stały się bliźniaczkami, i obie od dawna już bez twarzy.




*




A pomimo to, moje dziecko, tak, jak stoi ona tutaj i teraz przed nami, tutaj na Höfchenplatz, i dzisiaj w roku 1906, jest ona jeszcze o dwanaście lat młodsza niż ty teraz, pomimo Hildy, Evy i mnie, których wydała już na świat, jednakże to, w jaki sposób nas się dorobiła, wie z pewnością tylko najzupełniej niedokładnie, nieco tylko dokładniej niż wiedziała o tych rzeczach przed małżeństwem, wiedzieć coś dokładniejszego, nie godzi się, nie przedtem i nie potem, a to że jest lub było coś pomiędzy, jest już wystarczająco złe, także pamięć podlega tabu epoki - zajrzyj pod rondo jej kapelusza, jest ładną żydóweczką, nieuświadomioną, wyglądającą na najwyżej dwadzieścia lat. I jeśli ją ci tutaj przekażę i poproszę byś się o nią trochę zatroszczyła, bo w moim towarzystwie, w towarzystwie tak starego człowieka czułaby się straszliwie zażenowana, i ponieważ ja ze swoimi sześćdziesięcioma czterema latami naprawdę nie umiałbym zabawiać tak młodej damy w kapeluszu z piórami - a więc gdybym ci ją tutaj przekazał, mogłabyś wtedy (wybacz przecież to twarde słowo: ale wszak masz już ponad trzydziestkę, temu nieszczęściu nie da się już dalej zaprzeczać), a więc wtedy ze względu na twój starszy wiek oraz twoje w porównaniu z jej wiedzą niemalże kosmiczne doświadczenie wolno by ci było spokojnie trakować ją jako swą młodszą siostrę i wziąć ją niczym pisklę pod skrzydełko. Wprawdzie z początku zachowywałaby się nieco nieśmiało i wydałabyś się jej nieco dziwna, ale oprócz tego również jednak (cokolwiek to dawniej tak lubiane, w naszych uszach idiotycznie brzmiące określenie miałoby oznaczać) «wysoce interesująca» - «wysoce interesująca» już choćby tylko dlatego, że pochodzisz z tak odległej i pachnącej przygodą krainy jak Kalifornia, no a ponadto jesteś jeszcze tak zwaną «artystką».

Ale także tobie, moje dziecko, która z mojej winy znalazłaś się w tak okropnie ogołoconej z Żydów Europie i musisz żyć tu bez tych jakże bliskich ci od czasów młodości twarzy, też tobie dobrze by może zrobiło, gdybyś na godzinkę wzięła do siebie do samochodu taką młodą Sarę. Co zaś dotyczy tego małego w marynarskim ubranku, to przez ten czas ja się nim zajmę, tak, tego ja wezmę na kolana, może w czwórkę podjedziemy najpierw szybko do hotelu Monopol, i kupię temu wnuczkowi ice cream.

  «Koniec!» krzyknęła teraz Ch. «Wystarczy tego szaleństwa! Albo ja stąd wyjeżdżam!»



f
o
t
o

*

w
i
t
o
l
d

l
e
g
u
s

hotel monopol (ok. 1955)



«Już dobrze», uznaję po jakiejś chwili. «Naturalnie masz zupełną rację. Wtedy było wtedy. A dzisiaj jest dzisiaj. I nie jesteśmy tutaj we czworo. Tylko we dwoje. Ale obok tego tam na górze okna, obok tego nie istniejącego w nie istniejącym budynku nr 101, które matka wskazywała wtedy zieloną parasolką, aby nadać moim narodzinom szczególnie odświętną cechę, może nawet aby moment ten uczynić dla mnie niezapomnianym (i jak widzisz: poniekąd też jej się to udało) - tak przejść obok niego bez słowa, tego nie potrafię. A to dlatego, że to okno jest celem, któremu służy moja podróż; przynajmniej dlatego, że nie potrafiłbym zejść do ‹matek› głębiej.»

  Tego Ch. nie rozumie.




8 lipca - IV



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni